sobota, 27 lutego 2016

"Pojedynek" - Marie Rutkoski

Wszystkie Valorianki przed ukończeniem dwudziestego roku życia muszą podjąć swą najważniejszą decyzję - albo wychodzą za mąż, albo zaciągają się do wojska, by honorowo umrzeć za ukochaną ojczyznę. Dla Kestrel, córki generała Trajana, ostatnie godziny powoli się zbliżają, a ona nie jest przekonana, czy zamierza poświęcać resztę swoich dni na służbę u boku swojego ojca, czy poślubić kandydata skrupulatnie wybranego przez rodziciela. Jednak kiedy na targu niewolników w jej ręce wpadnie niesamowicie utalentowany Arin, a buntownicy z Herranu zaczną posuwać się coraz to dalej, by rozdrapać zadawnione rany, wszystko może się zmienić... 

Czasami natrafiamy na powieść, która nie wzbudza w nas większych, szczególnych emocji. Owszem, opowieść wydaje się być interesująca, bohaterowie sympatyczni, świat przedstawiony  dobrze wykreowany... ale wszystkie te cechy składające się na świetną książkę można określić jako co najwyżej przeciętne, a kiedy siadamy, by napisać o niej parę słów do recenzji, nie możemy wykrzesać z siebie ani jednego wartościowego zdania. Dobra? Ciekawa? Polecam, czekam na kolejne części? Miło było spędzić parę minut przy lekturze tej powieści? Czymże te stwierdzenia różnią się od określeń, jakie serwujemy przy okazji typowej, nijakiej książki? Niczym. A taką właśnie powieścią jest dla mnie szczerze wychwalany Pojedynek - pozycją, o której trudno powiedzieć cokolwiek, po czym zapamiętacie ją na dłużej. Dlaczego więc postanowiłam obdarzyć ją bardzo dobrą oceną? Zapraszam do dalszej części recenzji. 

Długo zastanawiałam się, jak ująć w słowa uczucia, które towarzyszą mi od zakończenia przygody z Kestrel i Arinem. Kilkukrotnie zaczynałam tę recenzję, kilkukrotnie też starałam się nadać jej jakiś blask, choćby iskrę oryginalności i zachęcić Was do poznania tej opowieści - ale we wszystkich przypadkach kończyło się mniej więcej na tym, że, zrozpaczona, kasowałam wszystko i odkładałam dzielenie się wrażeniami z lektury na przysłowiowe później, które zdawało się już nigdy nie nadejść. Zastanawiałam się też nad możliwością, by w ogóle nie dzielić się z Wami moimi odczuciami, jeżeli są one tak do bólu nijakie i przeciętne. Nie chodzi tutaj o to, że ta książka jest zła, nieciekawa czy niewykorzystana - nie, myślę, że mogę powiedzieć, że niesamowicie mnie zaskoczyła, a autorka wykazała niemały potencjał... ale mimo tego, jak świetnie się bawiłam podczas lektury, teraz nie tęsknię za historią, nie zapuściłam korzeni wśród Valorian ani nie wytworzyłam specjalnych więzów z bohaterami. Jestem wobec tego wszystkiego najzwyczajniej w świecie obojętna. 
Marie Rutkoski zachwyciła mnie przede wszystkim stworzeniem świata przedstawionego. Sama nie wiem, czy zakwalifikować go bardziej do dystopii, książki bazowanej mniej więcej na prawdziwej historii czy do lekkiej fantastyki (choć to bardzo ogólne pojęcie, którego nie lubię stosować byt często w stosunku do młodzieżówek) - łączy w sobie wszystkie te cechy, jakie zachęcają mnie we wszystkich tych trzech gatunkach i doskonale je miesza, przeplata wątki fantastyczne z takimi, jakie równie dobrze moglibyśmy dojrzeć na kartach historii. Już na samym początku zostajemy zasypani tajemnicami, intrygami, pikantnymi plotkami i nieustannym uczuciem niepokoju, tak jakbyśmy sami zostali postawieni w sytuacji, w jakiej znajduje się Kestrel. Nigdy nie możemy się spodziewać, czego  dowiedzą się ludzie i kiedy staniemy się obiektem plotek ze względu na najbardziej błahy powód czy zmyśloną historyjkę, ozdobioną kilkoma interesującymi szczegółami - a Kestrel, jako córka poważanego generała, zamiast stać z boku poza zasięgiem sąsiedzkich uszu, coraz bardziej przekracza cienką linię pomiędzy szacunkiem, a pogardą innych. W pewnych momentach nawet nie jesteśmy pewni, komu wierzyć i pomiędzy kim a kim toczy się wojna - czy to wina nieporozumienia, czy czegoś poważniejszego, czy powinniśmy życzyć zwycięstwa poplecznikom Arina, czy pobratymcom córki Trajana. Sama fabuła w tej książce naprawdę nie pozostawia wiele do życzenia, natomiast opuszcza nas z milionem niedopowiedzen i pytań.
Bohaterowie za to to jedni z najlepiej wykreowanych postaci, jakie udało mi się spotkać w swojej czytelniczej karierze. Podejmują decyzje zgodnie z etykietą, nie pozwalając sobie na nazbytnią poufność czy nieprzemyślane wnioski, robią wszystko, by pomóc swoim i każdą czynność przeprowadzają dopiero po upewnieniu się, że nie zaszkodzą tym swojemu narodowi. Kestrel to bardzo silna i mądra dziewczyna, choć nieidealna, to z pewnością taka, którą natychmiast polubimy - a może to złe słowo, raczej zyskamy do niej pewnego rodzaju respekt i szacunek, dowiadując się że dla swoich potrafi poświęcić naprawdę wiele, nawet wolność słowa i możność wypowiadania własnego zdania. Arin za to stanowi dla nas pewnego rodzaju tajemnicę przez większość powieści - jak trafił na targ niewolników, kim był przed wojną i jakie ma zamiary wobec
swej pracodawczyni. Zapewniam Was jednak, że to, co zaplanowała Marie Rutkoski jest naprawdę zaskakujące i szybko nie domylimy się, co planuje dalej.
Książkę polecam mimo tego, że się z nią bliżej nie związałam. Może Wy przyjmiecie inaczej opowieść, którą przekazuje nam Marie Rutkoski i zakochacie się w niej tak, że data wydania kolejnej części stanie się zakreślona na czerwono w Waszym kalendarzu.

Ocena - 8/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl

czwartek, 25 lutego 2016

"Do wszystkich chłopców, których kochałam" - Jenny Han

Lara Jean Song ma w zwyczaju pisać list pożegnalny do każdego z chłopaków, którego kiedykolwiek obdarzyła uczuciem - list, który, jako zakończenie nieodwzajemnionej relacji, ląduje na wieki do pudełka, nieprzeznaczony dla niczyich oczu. Pewnego dnia jednak okazuje się, że... wyznania dziewczyny dotarły do swoich adresatów. Pięć chłopaków, pięć listów i pięć historii, które trzeba teraz dokończyć - jak Lara Jean poradzi sobie z uczuciami, których teraz już nie żywi? 

Od samego początku byłam pewna, iż ta książka mi się spodoba. 
Przy okazji kreatywnej publikacji stworzonej z myślą o pokoleniu Internetu, napomknęłam w kilku słowach o "idei prawdziwej przyjaźni", którą powoli zastępuje jej naciągany, wirtualny substytut. Wideorozmowy, czaty, komentarze, kompletne uzależnienie się od komunikacji poprzez coraz bardziej rozreklamowane serwisy społecznościowe... Czym jednak jest prawdziwa przyjaźń? Pełna poświęceń, bólu, cierpienia, oczekiwania na "lepsze czasy", które zdają się nigdy nie nadchodzić? Jak często nie doceniamy starań, jakie druga osoba dokłada, byśmy byli szczęśliwi? To uświadomiła mi książka Jenny Han, która, choć nie stawiająca przyjaźni na pierwszym planie historii Lary Jean, przemyca w swej opowieści morał uniwersalny dla nas wszystkich. 
Z pozoru fabuła może się wydać dość schematyczna - silne więzy między siostrami, które z biegiem czasu są skazane na niepowodzenie, dobrze znany przyjaciel z sąsiedztwa i dopiero co napotkany popularny typek ze szkoły, który w mgnieniu oka zmienia się w troskliwego ochroniarza - no skąd my to znamy... Jednakże Jenny Han wszystkie te wątki pomieszała w tak zabawny i uroczy sposób, że nietrudno się uśmiechnąć, obserwując, jak bohaterowie zmieniają się pod wpływem przebytych wydarzeń, metodą prób i błędów docierając do dobrego rozwiązania. Autorka z upływem czasu sprawia, że zaczynamy dostrzegać znaczenie małych, na pierwszy rzut oka nieważnych gestów - wspólne pieczenie ciastek, rodzinne ubieranie choinki, jedzenie czekoladowych pączków - które w rękach odpowiedniej osoby mogą przybrać zupełnie inne, o wiele bardziej wartościowe znaczenie, do którego tylko my możemy dotrzeć. Udowadnia, że to od nas zależy, jak potraktujemy drugą osobę - w kilka sekund możemy zaskarbić sobie czyiś szacunek i przyjaźń, acz możemy również postąpić wręcz przeciwnie, nastawiając kogoś do siebie negatywnie.
Styl pisania autorki jest niezwykle wciągający. Przyznaję się, że w ciągu dwudziestu czterech godzin zdążyłam od deski do deski pochłonąć ją całą, kompletnie nie odczuwając, że czas leci niesamowicie szybko - Jenny Han wprowadza nas w świat swoich bohaterów z tak ogromnym wdziękiem, lekkością, że nie dostrzegamy, kiedy się w nim zatracamy i podświadomie chcemy więcej. Sami bohaterowie zresztą wydają się być praktycznie idealnie wykreowani, postępując w miarę w taki sposób, jak każdemu nakazywałby jego własny rozum. Bardzo polubiłam Larę Jean, a także Josha i Petera - każde z nich wydaje się być zupełnie inne, aczkolwiek posiadające wspólne cechy, które doprowadziły dziewczynę do, jak nietrudno się domyślić, niejednokrotnych rozterek nad swoim losem. Jednakże chyba pierwszy raz w jakiejkolwiek młodzieżówce nie będę mieć zastrzeżeń do tego, jak poprowadzona jest fabuła względem refleksji Lary Jean i jakim przemyśleniom się oddaje, bo choć nie raz błagałam, żeby w końcu skierowała swe myśli na odpowiedni tor, to... nie przeszkadzał mi jej charakter ani decyzje, a każdy postępek starałam sobie automatycznie tłumaczyć poważnymi pobudkami.
Podsumowując - choć moja recenzja może nie należy do nazbyt emocjonalnych, Do wszystkich chłopców, których kochałam to jedna z moich ulubionych książek, a Jenny Han stała się jedną z najbardziej pokochanych autorek. Sama nie miałam pojęcia, jak przedstawić swoje uczucia w taki sposób, żeby wypadły najbardziej wiarygodnie - lecz mam nadzieję, że samo zapewnienie, że jest to najlepsza obyczajowa książka młodzieżowa, jaką w swoim życiu przeczytałam, zmusi Was prędzej czy później do zatopienia się w losach dziewczyny, która do wszystkich swych miłości pisała listy pożegnalne.

Ocena - 10/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl

wtorek, 23 lutego 2016

"Ja, Ty, My. Książka wspólnych zapisków" - Lisa Currie

Pamiętacie złote myśli
Przekazywany z rąk do rąk zeszyt z zestawem, czasami wręcz absurdalnych, pytań strzeżony w sekrecie niczym najcenniejszy skarb. Do dziś pamiętam, jaką wspaniałą pamiątką były zapisane przez koleżanki i kolegów odpowiedzi, które trzymałam w pudełku, oglądając i czytając setki razy. Zastanawiam się, gdzie tkwił fenomen tej zabawy? Właśnie to wspomnienie powróciło za sprawą wydawnictwa Feeria Young, które przy okazji wydania kreatywnej książki pokolenia Internetu, zafundowało nam w zestawie odrobinę dobrej zabawy. Po sukcesie "zniszczonego dziennika" podeszłam troszkę sceptycznie do kolejnej pozycji z serii slam book, jednak ciekawość okazała się silniejsza. Sięgnęłam, aby niezwłocznie się z nią zapoznać i... nie żałuję, dlaczego? Już spieszę z wyjaśnieniem.
Bardzo często odnoszę wrażenie, że w erze Internetu, komunikatorów i serwisów społecznościowych idea prawdziwej przyjaźni została zastąpiona przez jej swoisty, nieco naciągany substytut. Wideorozmowy powoli zaczynają zastępować realne spotkania, czatowanie zwyczajowe ploteczki, a nawet ciężkie i szczere tematy poruszane są nie w cztery oczy, ale na sieciowych komunikatorach. I choć sama bardzo często korzystam z tego typu porozumiewania się, dostrzegając liczne zalety szybkiej komunikacji, widzę, jak bardzo zmieniają się relacje międzyludzkie od czasów, kiedy serwisy społecznościowe nie były tak popularne, do dziś - wchodząc do typowej, polskiej szkoły, pierwszy rzuca Ci się w oczy widok wpatrzonych w ekrany nastolatków, całkowicie pochłoniętych przeglądaniem Internetu. Dlatego możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi w tak kreatywny i ciekawy sposób, jaki w swojej książce prezentuje Lisy Currie, wydał mi się nadzwyczaj interesującym wyzwaniem, którego natychmiast się podjęłam.

Autorka od samego początku zasypuje nas szeregiem przeróżnych zadań, które do stuprocentowego wykonania potrzebują większego lub mniejszego zasobu wyobraźni - jednym z wyzwań jest ułożenie własnego hymnu, wykonujemy również dziwaczne listy i pozwalamy drugiej osobie odkryć nieznane fakty o naszej znajomości, przy tym świetnie się bawiąc. Pozycja ta jest idealną książką dla osób, które lubią odkrywać w swoim przyjacielu więcej i więcej ukrytych cech, uwalniając przy tym kreatywność i niezwykłą pomysłowość, jaką trzeba się wykazać. Chociaż z początku niektóre zadania mogą wydać się banalnie błahe i proste - nie zdziwcie się, co stanie się z daną kartką, kiedy już skończycie Wasze dzieło!
Rzeczą, o której nigdy nie wspominam, a teraz po prostu muszę to zrobić, jest niesamowita oprawa graficzna tejże książki. Mocna, porządna okładka, powiększony format - to naprawdę ogromny plus dla wydawnictwa, bo od chwili, kiedy weźmie się Ja, Ty, My! do ręki, już chce się zaczynać coś tworzyć :)

Ja, Ty, My! to książka, która pozwoli nam odstresować się przy wspaniałej zabawie, śmiechu i odrobinie twórczego wysiłku. Eksperymentujmy! Spędzajmy czas z przyjaciółmi, wykorzystujmy chwile, aby zapomnieć o trudach codzienności i pobawić się jak za czasów dzieciństwa. Przecież w każdym z nas jest jeszcze trochę dzieciaka, prawda? 

Polecam! Choć ostrzegam: grozi chwilowym zatraceniem się w świecie wyobraźni! 


Za książkę i możliwość spędzenia cudownych chwil z przyjaciółmi dziękuję wydawnictwu Feeria Young! 

moja recenzja znajduje się też na portalu lubimyczytac.pl - *klik*


niedziela, 21 lutego 2016

"Każdego dnia" - David Levithan

A każdego dnia budzi się w innym ciele, na dwadzieścia cztery godziny zamieniając się życiem z przypadkowym człowiekiem. Chłopak, dziewczyna, rozpieszczony bogacz czy uzależniony od narkotyków - klątwa, która ciąży na A nie zna granic, zmuszając go do przystosowania się do praktycznie każdych warunków. Jednak kiedy nagle w życiu chłopaka pojawia się wesoła, tajemnicza Rhiannon, wszystko się zmienia, a A będzie musiał podjąć jedną z najważniejszych decyzji swojego życia. Kogo szczęście będzie dla niego większej wagi - swoje, czy nowo poznanej dziewczyny? 

Wiele razy zdarza nam się powiedzieć, że chcielibyśmy choćby na jeden dzień stać się kimś innym. Kimś, kto nam imponuje, komu zazdrościmy, z ukrycia spoglądając na uroki życia, jakimi cieszy się druga osoba - nie okłamujmy się, iż każdy z nas miewa czasem myśli, że nasz los jest wyjątkowo niełaskawy w porównaniu do innych. Jak jest budzić się i zasypiać jako ktoś żyjący w zupełnie innych realiach? Niektórzy z nas w pewnych momentach oddaliby wszystko, żeby tylko przez chwilę poczuć się jak osoba pozbawiona smutków, problemów czy trosk doczesnego życia. Lecz czy naprawdę to byłoby dobre rozwiązanie? Czy nie należy cieszyć się z tego, co mamy, doceniając każdy dzień, uśmiech czy chwile, w których jesteśmy szczęśliwi? Nie powinniśmy dążyć do wewnętrznej satysfakcji z własnymi wadami oraz zaletami? Do takich refleksji zmusiła mnie książka Davida Levithana, choć nieidealna, to niosąca za sobą pewne bardzo ważne przesłanie. 
Jeśli mam być szczera, powieść Każdego dnia jest dla mnie bardzo, bardzo średnią powieścią. Niejednokrotnie nużył mnie niezbyt wartki tok akcji, irytował styl pisania autora, doprowadzał do szału nierozgarnięty bohater czy bezbarwna, mdła Rhiannon, zmieniająca zdanie częściej, niż to tylko mogłoby się wydawać możliwe. Odkładałam jej lekturę, powracałam, brnęłam przez kilka stron, nudziłam się, znowu odkładałam... i tak w kółko. Dlatego właśnie ciężko było znaleźć w powieści Levithana jakąkolwiek drugą stronę, niewyobrażalną zaletę, która nieco przysłoniłaby rażące schematy, błędy, których dopuścił się autor - jednak kiedy teraz wspominam opowieść przedstawioną oczami A, dopadają mnie głębokie refleksje, przemyślenia... co by było, gdybym to ja znalazła na jego miejscu, codziennie przyjmując inną, nieprzewidywalną maskę? 
Historia, jaką serwuje nam autor, zdaje się być... ciekawa. Oryginalna. I, biorąc pod uwagę, że dotąd nie udało mi się napotkać powieści o podobnej tematyce i morale, rzeczywiście taka jest - świeża, intrygująca, trochę przerażająca, a nawet poruszająca swoim niespodziewanym zakończeniem... ale potwornie źle poprowadzona. Chyba pierwszy raz od dłuższego czasu będę miała ogromne zastrzeżenia do  kusztu pisarskiego, jakim posługuje się autor, bo dopiero tutaj jest on naprawdę znikomy - a jednocześnie udowadnia nam, że świetny pomysł, ubrany w niewłaściwe słowa, potrafi stać się mało wartościową powieścią. David Levithan z początku zachęca nas niebanalną wizją świadomości głównego bohatera, wciąga niesamowicie jego postrzeganiem świata i nieco 
przerażającym stylem bycia... po to, by w następnych rozdziałach popadać w coraz to większą monotonię i nudę, powtarzając to, co już wiele razy od niego usłyszeliśmy. Taka właśnie jest historia A - najpierw nadzwyczajna, a z upływem czasu tracąca swój niezwykły blask. 
Mimo usilnych prób, nie udało mi się polubić bohaterów. Owszem, współczułam A jego tragicznego położenia względem osób, na których mu zależało, kibicowałam Rhiannon w powolnym zdobywaniu zaufania do swojego przyjaciela... ale nie związałam się z nimi bardziej, niż powinnam, czytając kolejną przeciętną książkę. Nie zatęskniłam za ich towarzystwem, za ich relacją, przygodami, za niczym związanym z ich burzliwą przyjaźnią. Nie dostrzegłam w nich nic, co przekonałoby mnie, że są czymkolwiek więcej oprócz bezładnych symboli, zarysów, w które autor usilnie próbował tchnąć iskierkę życia. 
Książkę nawet mogę Wam polecić, bo wiele osób ma o niej zupełnie inne zdanie. Jednak nie oczekujcie niczego, co wbije Was w fotel. Nie oczekujcie fajerwerków. Nie oczekujcie kolejnej ulubionej powieści na najwyższej, honorowej półce biblioteczki.

Ocena - 5/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl

czwartek, 18 lutego 2016

"Bursztynowy dym" - Kristin Cast

Trzy Furie - Młódka, Matka i Staruszka - zamieszkują świat równoległy do naszego, strzegąc potępionych dusz skazańców, odbywających kary za swoje ziemskie przewinienia. W pewnym momencie drzwi dzielące zmarłych i żywych otwierają się, uwalniając zło, które rozprzestrzeniło się wśród śmiertelników - zło, które należy natychmiast sprowadzić do Tartaru, aby uchronić żyjących przed niechybną katastrofą, mogącą zniszczyć naród ludzki. Takiego zadania podejmuje się Alek, syn Furii, wojownik, który z pomocą pięknej Evy może uratować świat... i odkryć moce, o których nawet nie marzył. Jak skończy się ich misja? Czy zło zostanie pokonane? Czy Eva uratuje to, co dla niej najważniejsze? 
Niestety, Kristin Cast zrobiła wszystko, abyśmy się tego nie dowiedzieli. 

Po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu mam ogromną ochotę wypowiedzieć się o danej książce więcej, niż moja recenzencka natura mi na to pozwala - ujawnić zakończenie, tajemnice, zagadki, wychodząc z założenia, że podejmiecie decyzję o wartości tej kupki papieru po poznaniu tych kilku nędznych niespodzianek, jakie przygotowała dla nas autorka. Czy zepsułabym tym Waszą radość z czytania? Wątpię. Czy któreś z nadchodzących, przerażających, poruszających wydarzeń sprawiłoby, że ruszylibyście się sprzed komputera, polecieli z wywieszonym jęzorem pod drzwi księgarni jeszcze przed jej otwarciem i na kolanach błagali chociażby o możliwość spojrzenia na to urzekające dzieło? Mogę się założyć o milion dolarów, że nie. A jak ja jestem w stanie założyć się o milion dolarów, to Wy możecie być pewni, że Bursztynowy dym jest niczym więcej poza zwykłą powieścią, która najlepiej nadawałaby się do wydania na łamach jakiejś niszowej gazety. Lekko mówiąc. 
Zaczynając swoją recenzyjną tyranię na temat tej książki, przedstawię Wam w kilku zdaniach jej skomplikowaną fabułę. Zło uwalnia się, superbohater pod postacią niedoświadczonego, biednego wojownika musi poradzić sobie z trudami rzeczywistości (największym jego problemem jest oczywiście dowiedzenie się, co to jest hamburger i z czym to się je), przy tym maniakalnie poszukując dziewczyny o imieniu Eva, której nigdy nie poznał ani nawet nie widział, jednak jego magiczne moce mówią mu, że choćby miał poruszyć niebo i ziemię, Eva musi się znaleźć i pomóc Tartarowi odzyskać parę potępionych duszyczek. Do ich pierwszego spotkania dochodzi oczywiście w przemiłej, nadzwyczaj romantycznej atmosferze piwnicy, gdzie Eva zostaje uwięziona, zupełnie przypadkowo odkrywając cudowne moce i zabijając potwora, przy tym uważając, że jest to normalna przypadłość, z którą każda kobieta musi się w swoim życiu zmierzyć. No i zaczyna się ich horrendalna gonitwa za złem, pełna przygód, zasadzek i potworów. Resztę dopowiedzcie sobie sami, a prawdpodobnie będzie tam zupełnie nic, czego już dawno nie zdążyliśmy wynieść z innych książek fantastycznych. Interesujące, nieprawdaż?
Już przy okazji serii Ricka Riordana niejednokrotnie zdążyłam Wam wspomnieć, że mitologię pod każdą postacią jestem w stanie pokochać ponad życie. Właśnie to pod każdą postacią, tak niegdyś żarliwie podtrzymywane, mam ochotę teraz oficjalnie, przy świadkach, znieść - rany, jak można tak zbezcześcić mitologię, wplatając w nią tak tandetną fabułę, jaką jest przygoda Aleka i Evy? Jak można w ogóle wymyślić coś takiego, to jedna sprawa - ale umieścić akcję w Tartarze, miejscu kiedyś tak silnie związanym z greckimi wierzeniami? Patrząc przez pryzmat innych czytelników, mam ochotę zorganizować wspólną minutę ciszy, którą poświęcimy naszemu zainteresowaniu mitologią, bogami i innymi atrybutami wiążącymi się z Grecją.
Przejdę teraz może do aspektu każdej książki, do którego prędzej czy później muszę się przyczepić - do bohaterów. Może nie wspomnę już faktu, że na tych dwustu stronach męki nie poznajemy ich za dobrze, wręcz przeciwnie, tylko zdawkowe informacje i oczywiście łzawe historyjki ich ciężkiego życia... ale nawet te króciutkie chwilki, które musiałam z nimi spędzić, wydały się o te parę chwilek za dużo. Sama nie wiem, czy warto rozpływać się nad czymś, co można tylko określić jednym, dosyć dobitnym słowem - istna porażka. Albo nie, może spróbuję: wyobraźcie sobie pięć Waszych znienawidzonych głównych bohaterek, połączcie ich wszystkie denerwujące cechy i nazwijcie ją jakże pięknym imieniem Eva. Widzicie, to nie było trudne. A jakże efektowne...
Podsumowując, nie jestem pewna, czy warto za bardzo zagłębiać się w nudne aspekty powieści Kristin Cast. Przyznam, że całym sercem nie polecam, ale jeśli macie ochotę, proszę bardzo - czytajcie, może Was to zachwyci, w końcu gusta bywają bardzo, bardzo różne. Z chęcią dowiem się, jak Wy odebraliście tę historię i z całego serca Wam życzę, aby były to emocje zupełnie różne od tych, jakie przeżywałam ja.

Ocena - 3/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl