środa, 19 lipca 2017

"Fatalna lista" - Siobhan Vivian

Piękno i brzydota nie zawsze są kwestią wyglądu.
Wyobraź sobie, że gdy przychodzisz do szkoły, oczy wszystkich są wbite w jeden punkt.
W listę.
Czy znajdziesz na niej swoje nazwisko? A jeśli tak, to w której kategorii?
Co roku ktoś - nie wiadomo, kto - wybiera dwie dziewczyny z każdego rocznika. Jedna zostaje okrzyknięta najpiękniejszą, druga - najbrzydszą.
O tych spoza listy natychmiast się zapomina. Wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły.
Na liście są nazwiska ośmiu dziewcząt. W świecie po liście ich życie już nigdy nie będzie takie samo.

 zdjęcie i opis pochodzą ze strony lubimyczytac.pl

Każdy z nas chce czuć się pięknym. 
Albo nie: każdy z nas pragnie być za pięknego uważany. 

Jednego dnia dziewczyny obgadywały jedna drugą, używały najokrutniejszych wyzwisk, a już następnego przysięgały, że będą odtąd dla siebie najlepszymi przyjaciółkami.

Nie oczekiwałam, że Fatalna lista cokolwiek zmieni. Mało tego, nie miałam nawet nadziei na to, że będzie to książka w jakimkolwiek stopniu dobra - proszę Was, gdybym przy wyborze lektury kierowała się jedynie opisem, ominęłabym tą powieść tak szerokim łukiem, jak tylko się da. Typowe amerykańskie liceum? Lista, na której widnieje nazwisko najbrzydszej i najładniejszej dziewczyny z każdego rocznika? I do tego zdanie wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły
Nie. Nie, i jeszcze raz nie. 
Jeżeli miałabym czytać książkę tak pustą, tak skupiającą się na powierzchownej naturze człowieka i poruszającą się bezpiecznymi schematami - wolałam nie czytać jej wcale.
I przypuszczam, że gdyby nie nazwisko Siobhan Vivian, którą wspominałam bardzo miło z jej współpracy z Jenny Han ("Ból za ból", polecam!), Fatalna lista nigdy by w moich rękach nie wylądowała. A to, przyznaję, byłoby jednak sporą stratą. 

Za parę lat nikt nie będzie pamiętał tego balu ani tego, kto został jego królową. Wszyscy zapomną też o liście. W pamięci pozostaną natomiast przyjaciele, znajomości, jakie zawarliście w szkole. Tak naprawdę tylko to się liczy i tylko to warto zachować.
Nie spodziewałam się, że to powiem, ale jednak: Fatalna lista okazała się być książką zaskakująco mądrą. Żyjemy w czasach, kiedy piękno jest rzeczą niemalże oczywistą - idealny wygląd codziennie prezentują nam kolorowe magazyny, portale społecznościowe oraz przeróżne telewizyjne programy. Każdy wie, jak powinien wyglądać, by być uważanym za ładnego, każdy wie, co powinien zrobić, co powinien zmienić i jakie działania poczynić, aby spotkać się z ludzkim wyobrażeniem ideału. I choć obawiałam się, że zamiast nieco uspokoić to całe przesadne dążenie do perfekcji, Fatalna lista tylko je pogłębi, myliłam się: Siobhan Vivian udowodniła nam, że tak naprawdę nikt nie jest w stu procentach idealny, a każdy posiada swoje kompleksy - nawet osoba posądzana za perfekcyjną. Pokazała również swoim czytelnikom, że piękno to tylko względne, subiektywne określenie; wiele rzeczy jest od niego w życiu ważniejszych i to na nich powinniśmy się skupić.

To, jak odniesiesz się do listy będzie miało przełożenie na to, jak odbiorą ją twoi rówieśnicy. 

Aż ciężko mi się do tego przyznać, ale polubiłam wszystkie dziewczyny, których oczami przyszło mi obserwować przebieg wydarzeń - każda z nich miała swoje życie i własny świat, kontrastujący z łatką pięknej albo brzydkiej, która przylgnęła do niej za pośrednictwem listy. Autorka doskonale dała nam do zrozumienia, że nigdy nie wiemy, jak nasze komentarze dotyczące czyjegoś wyglądu wpłyną na drugą osobę, bowiem każda dziewczyna, która znalazła się na liście - Abby, Danielle, Sara, Margo, Lauren, Jennifer, Candace i Bridget - zareagowała na to "wyróżnienie" zupełnie inaczej: jedne z zachwytem, drugie z zaskoczeniem, trzecie wręcz z rozpaczą. Siobhan Vivian postarała się, by każda z wykreowanych przez nią postaci była barwna i oryginalna, więc mimo wielu punktów widzenia nie miałam problemu z tym, aby połączyć imiona bohaterek z ich historiami.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zakończenie. Przyznaję, że autorka chyba chciała skończyć przygodę z Fatalną listą zbyt szybko, co skutkowało niezbyt dobrze skonstruowaną fabułą - szczególnie na ostatnich stronach zaczęła ona niezbyt komfortowo przyspieszać i na siłę ciągnąć do punktu kulminacyjnego, tak jakby Siobhan Vivian nie miała pomysłu na pomniejsze szczegóły. W konsekwencji nie otrzymałam odpowiedzi na najbardziej nurtujące mnie pytania -  a biorąc pod uwagę ogólny morał tej książki, jest to wręcz absurdalne i nie rozwiązuje większości poruszonej w niej problemów.  

Dziewczyny oceniają się nawzajem i uprzedmiotawiają, pogrążając jedne, a inne wynosząc na piedestał. 
Podsumowując, polecam Wam tę książkę z całego serca. Jeżeli, tak jak ja, wahacie się ze względu na banalny i nieco pusty opis, mogę Was zapewnić, że bez powodu - Siobhan Vivian porusza wiele tematów, o których warto wspominać w książkach przeznaczonych dla młodzieży. 

Ocena - 8/10

piątek, 14 lipca 2017

"The Da Vinci Code" - Dan Brown

W Luwrze zostaje popełnione morderstwo. Jego ofiarą jest kustosz. Zwłoki zostają znalezione w pozycji przypominającej sławny rysunek witruwiański, na którym renesansowy artysta przedstawił idealne proporcje ludzkiego ciała. W zbrodnię zamieszany jest - według policji - profesor z Harvardu, znawca symboliki religijnej.
Sprawy komplikują się, gdyż umierający kustosz pozostawił szereg zagadek, które mają pomóc wskazać winnych tej zbrodni i trzech innych popełnionych tej nocy na wpływowych mieszkańcach Paryża. Ale mają też doprowadzić do czegoś znacznie bardziej istotnego.




Chciałam kolejną powieść na miarę Angels and Demons, dostałam... no właśnie.

Men go to far greater lengths to avoid what they fear than to obtain what they desire.
The Da Vinci Code okazał się być dokładnie tym, czego od niego oczekiwałam.
Chciałam książki, która, tak samo jak poprzedni tom, będzie przyjemną lekturą obfitującą w ciekawe wydarzenia, z nutką historii i wieloma zagwozdkami z dziedziny symboliki religijnej.
Chciałam znowu usłyszeć specyficzne żarciki Roberta Langdona, posłuchać jego inteligentnych rozważań i wziąć udział w śmiertelnie niebezpiecznym wyścigu z czasem (odmierzanym oczywiście na zegarku z Myszką Miki), którego zwycięzca pozostaje nieznany do ostatnich chwil.
Tęskniłam za pędzącą na złamanie karku akcją i zakończeniem, które zwaliłoby mnie z nóg i pozbawiło wszelkich dotychczasowych domysłów, jakie kłębiły się w mojej głowie.
Chciałam po prostu czegoś, co oderwie mnie od rzeczywistości i nie pozwoli o sobie zapomnieć przez długi, naprawdę długi czas. 
I, ku mojej uldze, The Da Vinci Code właśnie czymś takim się okazało. 


Telling someone about what a symbol means is like telling someone how music should make them feel.
Powiem jedno - jeżeli kiedykolwiek przestanę się zachwycać tym, w jaki sposób Dan Brown splata swoje intrygi, możecie uznać, że jest ze mną coś nie tak. To, co działo się na kartach The Da Vinci Code po prostu przeszło moje najśmielsze wyobrażenia - tak szczegółowej, dopracowanej i zadziwiająco interesującej historii nie spotkałam nigdy u żadnego innego autora, z którym miałam do czynienia. Brownowi udało się zamienić koszmarnie oklepany w przeróżnych kryminałach schemat, jak znalezienie zwłok oznaczonych tajemniczymi symbolami, w coś zupełnie oryginalnego - w coś, co od pierwszych stron wzbudza zainteresowanie czytelnika i trzyma go w napięciu aż do samego końca. Wszystko łączy się ze wszystkim, wskazówki odkryte na dwudziestej stronie przydają się na czterysta pięćdziesiątej, a bohaterowie raz okazują się być przyjaciółmi, a raz wrogami. Nie spodziewasz się, kiedy rzecz z początku nie do odgadnięcia staje się być prosta i wręcz banalna; kipisz ze złości, kiedy nie wpadniesz na coś oczywistego i piejesz z zachwytu, kiedy uda Ci się zrozumieć jakąś zawiłość, zanim zrobi to Langdon. 
Pozornie - sam zachwyt. 
Ale czy The Da Vinci Code to rzeczywiście same pozytywy?


What really matters is what you believe.
Spotkałam tutaj ten sam problem, co w Angels and Demons - pierwsze rozdziały dłużyły mi się niesamowicie, a z początku wbicie w fabułę graniczyło niemal z cudem. I choć sam rozwój historii niezmiernie mnie ciekawił, w żadnym wypadku nie nazwałabym tej książki lekturą "na jedną noc" ani taką, w której nie wytrzymacie, dopóki nie przewrócicie następnej strony. Czytanie jej zajęło mi w końcu cztery dni - a cztery dni jak na mnie i książkę sześćsetstronicową to, nie ukrywajmy, jednak wynik dosyć przeciętny.
Muszę wspomnieć też o stylu pisania Dana Browna, który w gruncie rzeczy można uznać za nieco... toporny. Możliwe, że to tylko moje odczucie, ale czytając The Da Vinci Code brakowało mi w nim takiej pisarskiej lekkości, co na dłuższą metę potrafiło nieźle zirytować. Co mogę zaliczyć na plus, to interesujące przedstawienie historycznych faktów czy też po prostu opisów, którymi bardzo łatwo czytelnika znudzić - tutaj ani razu nie pomyślałam o tym, aby coś pominąć albo zignorować, a bądźmy ze sobą szczerzy, że takich długich wstawek było w The Da Vinci Code całkiem sporo.

Today is today. But there are many tomorrows.
A co z bohaterami?
O Langdonie wspominałam już przy okazji ostatniej recenzji i moje odczucia w stosunku do niego w ogóle się nie zmieniły - autor wykonał bardzo dobrą robotę przy kreacji tej postaci, która nie wydaje się ani przerysowana, ani też szczególnie zaniedbana. Dan Brown zwrócił moją uwagę również na dopracowane przedstawienie postaci drugoplanowych. Sophie Neveu co prawda nie zyskała sobie mojej sympatii tak bardzo, jak Vittoria Vetra, ale nadal udało mi się ją polubić; Leigh Teabing z pewnością był jednym z bardziej zaskakujących bohaterów, a perspektywa głównego antagonisty, Silasa, sprawiała, że historii stawała się jeszcze bardziej interesująca.
Jednym słowem - dobra robota, panie Brown.

Life is filled with secrets. You can't learn them all at once.
Podsumowując - The Da Vinci Code to z pewnością lektura warta przeczytania. Jak dla mnie, nie dorównuje ona geniuszowi zaprezentowanemu w Angels and Demons, ale nie ukrywam, że zapewniła mi długie godziny rozrywki i umiliła trochę te nudniejsze wakacyjne dni.

CZYTAĆ, A MOŻE NIE, CZYLI COŚ O ANGIELSKIEJ GRAMATYCE
Przy okazji recenzji Angels and Demons wspominałam, że Brown nieco utrudnił lekturę dodając do fabuły sporo fachowego słownictwa - na całe szczęście, w The Da Vinci Code nie było go prawie wcale, co przywitałam z ogromną ulgą. Choć może nie poleciłabym czytania książek Dana Browna w oryginale komuś, kto dopiero zaczyna, to już bardziej zaawansowani czytelnicy nie muszą się obawiać - wszystko można bez problemu zrozumieć 😉


poniedziałek, 10 lipca 2017

"Angels and Demons" - Dan Brown


Robert Langdon zostaje pilnie wezwany do położonego koło Genewy centrum badań jądrowych CERN. Jego zadanie – zidentyfikować zagadkowy wzór wypalony na ciele zamordowanego fizyka. Langdon ze zdumieniem stwierdza, że jest to symbol tajemnego bractwa iluminatów – potężnej, aczkolwiek nieistniejącej od czterystu lat organizacji walczącej z Kościołem, do której należały najświetniejsze umysły Europy, jak choćby Galileusz. Jak się okazuje, iluminaci przetrwali w ukryciu do czasów współczesnych i planują straszliwą wendettę - wysadzenie Watykanu przy użyciu antymaterii wykradzionej z genewskiego laboratorium. Langdon i Vittoria Vetra, córka zamordowanego fizyka, mają zaledwie dobę, by odnaleźć utajnioną od XVI wieku siedzibę iluminatów i zapobiec niewyobrażalnej tragedii. Czy zdołają na czas rozszyfrować wskazówki zapisane w jedynym zachowanym w archiwach Świętego Miasta egzemplarzu legendarnego traktatu Galileusza? Jak zakończy się dramatyczny wyścig z czasem – po tajemnych kryptach i katakumbach, wyludnionych katedrach, tropem symboli iluminatów zakamuflowanych przed wiekami miejscach znanych każdemu mieszkańcowi Rzymu? Zagadka goni zagadkę, prowadząc do najbardziej nieoczekiwanego finału...
zdjęcie pochodzi ze strony goodreads.com, a opis lubimyczytac.pl



Science tells me God must exist. My mind tells me I will never understand God. And my heart tells me I am not meant to.
Znowu sięgnęłam po gatunek, którego zwykłam nie czytać na co dzień.
Znowu uległam pozytywnym opiniom i namowom, które od jakiegoś czasu napływają do mnie ze wszystkich stron.
Znowu złapałam się na to, że książkę mogę przeczytać w języku oryginalnym, więc chwyciłam ją z półki nie zastanawiając się nawet nad tym, czy to moje klimaty.
Znowu wahałam się, czekałam na odpowiedni moment i obawiałam się, że nie podołam Angels and demons na tle językowym.
I ponownie trafiłam na autora, w którego umiejętnościach pisarskich zakochałam się bez pamięci.

Science and religion are not at odds. Science is simply too young to understand.
Przyznaję - pierwsze sto, a nawet dwieście stron było dla mnie kompletną porażką. Czytałam kawałek, nudziłam się, wstawałam od książki i szłam narzekać wszystkim dookoła, że osławiony Dan Brown wcale nie jest tak świetnym pisarzem, jak zapowiadali - wręcz przeciwnie, Rzym wydawał mi się blady i nierealistyczny, historia naciągana, fabuła źle prowadzona, styl pisania nieskładny, a bohaterowie niezdecydowani.
Zajęło mi to całe dwa dni, przepełnione złorzeczeniami w kierunku denerwującego Langdona, by się choćby przekonać do idei tej książki.
Jeden dzień, by zacząć obsesyjnie myśleć o Angels and demons za każdym razem, gdy odkładałam ją na bok.
Jeden dzień, by stwierdzić, że może nie jest taka zła.
I dwie godziny, by kompletnie się w niej zakochać.

 God answers all prayers, but sometimes his answer is 'no'.

Ale, kończąc już te narzekania - Angels and demons jest niesamowite. Niesamowite pod każdym względem - począwszy na intrygującej fabule, poprzez uważnie stonowaną akcję, której nigdy nie było ani za dużo, ani za mało, na dokładnych opisach rzymskiej architektury skończywszy. Nie spodziewałam się, że natrafię na coś tak świeżego (jeśli w ogóle mogę tak powiedzieć o książce wydanej około siedemnaście lat temu) i oryginalnego w powieści, która z pozoru wcale się na taką nie zapowiadała. Historia rzekomej "straszliwej wendetty" skrywała bowiem w sobie o wiele więcej, niż mógłby nam zdradzić opis - Dan Brown zaserwował swoim czytelnikom doskonałą dawkę humoru, dobrej zabawy przy rozszyfrowywaniu wielorakich zagadek, ale też napięcia, które pod sam koniec nie spadało nawet na moment. Chyba muszę wspomnieć, że po raz pierwszy od dłuższego czasu zakochałam się w książce nie poprzez bohaterów ani przesłanie, jakie ze sobą niesie, tylko właśnie przez akcję - na tę chwilę nie mogę sobie przypomnieć powieści, która by nie dawała o sobie zapomnieć na tak długo po jej przeczytaniu.

Our minds sometimes see what our hearts wish were true.
 Mogłabym powiedzieć, że kreacja bohaterów w Angels and demons nie powala na kolana, ale z drugiej strony - bądźmy ze sobą szczerzy, ta książka nie jest o bohaterach. Mimo tego, polubiłam Langdona. Choć z początku niezbyt byłam przekonana do tego, w jaki sposób przedstawił go Brown, to z biegiem czasu poczęłam dostrzegać jego zalety - wysoce rozwinięta wiedza na wiele tematów, niezapomniany humor, inteligencja i pasja stworzyły obraz postaci, której tak naprawdę ciężko nie polubić. Zarówno on, jak i Vittoria prowadzili czytelnika przez ekscytującą historię o bractwie iluminatów w sposób, który nie wpływał na nasze postrzeganie fabuły - pomijając pojedyncze przypadki, rzadko zdarzało mi się irytować jej przebiegiem przez ich posunięcia. Mało tego: kibicowałam im w uratowaniu Watykanu z całych sił.

The most dangerous enemy is that which no one fears.
 Podsumowując, polecam Wam Angels and demons z całego serca. Nie jest to książka, którą uznałabym za szczególnie ambitną czy taką, którą będziecie wspominać przez lata - jednak jestem pewna, że spędzicie przy niej sporo dobrego czasu i poznacie historię, jakiej jeszcze nie mieliście okazji spotkać.

CZYTAĆ, NIE CZYTAĆ? CZYLI COŚ O ANGIELSKIM I NAUKOWYM SŁOWNICTWIE
Dobra, nie będę nawet ukrywać - było ciężko. Obracając się w świecie CERN-u, naukowców, antymaterii i Wielkich Zderzaczów Hadronów (dla ciekawskich: Large Hadron Collider) Dan Brown zasypał nas fachowym słownictwem, którego zrozumienie z trudnością przychodzi nawet i w rodzimym języku. Mając w porównaniu inne książki, jakie czytałam po angielsku mogę też stwierdzić, że i "codzienne" wyrażenia mają w sobie pewną dozę zaawansowania, więc kilkukrotnie byłam zmuszona zajrzeć do słownika. Dlatego też nie poleciłabym Angels and demons czytelnikom, którzy dopiero zaczynają przygodę z czytaniem w języku angielskim - nie warto się zrażać i lepiej sięgnąć po coś, czego lektura przyjdzie Wam z łatwością.  

Ocena - 9/10

piątek, 7 lipca 2017

"Zbrodnia nie przystoi damie" - Robin Stevens

Akcja powieści toczy się na pensji dla panienek. W szkole dochodzi do zbrodni – ginie nauczycielka, panna Bell. Dziewczynki prowadzą w tej sprawie sekretne dochodzenie. Wszystko owiane jest tajemnicą, łącznie z tym, że w szkole kiedyś miało miejsce samobójstwo jednej z uczennic. Dziewczynki są trochę jak Sherlock Holmes i doktor Watson, do których się zresztą porównują. A prasa bardzo serię chwali i okrzyknęła autorkę „Agatą Christie” lub „Dickensem” dla dzieci.
zdjęcie pochodzi ze strony lubimyczytac.pl, a opis znak.com.pl

Po raz kolejny sięgam po książkę przeznaczoną dla młodszych odbiorców - i po raz kolejny zostaję całkiem mile zaskoczona.
Zbrodnia nie przystoi damie to jedna z takich bibliotecznych zdobyczy, po której nie do końca wiesz, czego się spodziewać. Bierzesz z półki, bo ładna, nowa, jeszcze pachnąca i nieczytana; bo nigdy o niej nie słyszałeś, a wydaje się ciekawa; bo potrzebujesz lekkiej lektury, a wśród dostępnych pozycji nie ma niczego, co by spełniło Twoje oczekiwania. Wracasz do domu, z powątpiewaniem otwierasz ją na pierwszej stronie, pełen wątpliwości, czy to na pewno był dobry wybór... i nagle przepadasz. 
Kryminał kryminałem, jednak z góry muszę przyznać jedno: tożsamości "tajemniczego" mordercy panny Bell domyśliłam się już około osiemdziesiątej strony, a kolejne wydarzenia tylko utwierdzały mnie w przekonaniu, że mam rację - także jakiegokolwiek elementu zaskoczenia w Zbrodni... z pewnością mi brakowało. Nie umniejsza to jednak faktu, iż historia wykreowana przez Stevens jest bardzo, bardzo dobra i ciekawa. Pomimo dosyć silnych przypuszczeń o jej zakończeniu, poznawanie dalszych perypetii Hazel i Daisy sprawiało mi ogromną przyjemność i w pewnym momencie nawet zapomniałam, że książka przeznaczona jest dla innej grupy wiekowej - autorka pokierowała akcją z tak dużą dojrzałością, że przykuła moją uwagę równie dobrze, jak o wiele poważniejsze lektury.
Jeśli muszę jeszcze o czymś wspomnieć, to będzie to umiejscowienie akcji - fabuła toczy się w 1934r. na angielskiej pensji dla panienek Deepdean. Choć z początku miałam co do tego wątpliwości, Robin Stevens udało się całkiem nieźle wykreować klimat dwudziestowiecznej Anglii i pomimo paru zgrzytów, całość prezentowała się zaskakująco dobrze. Czytając wypowiedź autorki na którejś z zagranicznych stron, natrafiłam na stwierdzenie, że tym, co uczyniło Harry'ego Pottera tak magicznym, był Hogwart - tutaj to właśnie pensja Deepdean dodała historii niezapomnianego uroku. I choć może głupio zabrzmię, to gdyby nie smaczki, które kojarzymy również z serii Rowling (m. in. spanie we wspólnych dormitoriach, uczniowie-prefekci) chyba nie wspominałabym tej książki aż tak dobrze.
Sedno tkwi w bohaterach. Nie przesadzę, posługując się stwierdzeniem, że szczerze nienawidzę Daisy - a że, niestety, jest to jedna z głównych bohaterek, musiałam ją znosić przez naprawdę długi czas. Naprawdę ciężko mi powiedzieć, jaki zamysł Robin Stevens miała na tą postać. Daisy to rozpuszczona, zakochana w sobie i wredna dziewczyna, która największą przyjemność czerpie z wysługiwania się innymi ludźmi oraz poniżania swojej rzekomej najlepszej przyjaciółki, Hazel. Przez całą historię miałam szczerą nadzieję, że Hazel w końcu otworzy oczy i zda sobie sprawę, kim jest jej wspólniczka, ale na próżno - dziewczyna pozwalała sobą pomiatać przez cały czas, ślepo zapatrzona w lepszą, idealną, cudowną i piękną Daisy. Przyznaję, że nie rozumiem tego posunięcia, tym bardziej, że mamy do czynienia z książką dla starszych dzieci/młodszej młodzieży: Robin Stevens rozpowszechniła tu ideę poddawania się toksycznej przyjaźni, co, jak dla mnie, w żaden sposób nie powinno być akceptowane.
Chyba przyszedł już czas na podsumowanie moich wrażeń po lekturze Zbrodni... i nie skłamię mówiąc, że moje uczucia są raczej mieszane. Z pewnością do plusów zaliczam ciekawą historię oraz dosyć szybką akcję, lecz niektóre posunięcia autorki oraz ogólna przewidywalność fabuły nie działają na korzyść jej oceny. Myślę, że gdybym miała polecić Wam książkę middle-grade, z pewnością nie wybrałabym powieści Robin Stevens - jednakże jeśli chcecie sami przekonać się, czy Wam się spodoba, to zachęcam do spróbowania 😉

Ocena - 6/10

niedziela, 2 lipca 2017

"Zakazane życzenie" - Jessica Khoury


Trzy życzenia. Każde ma swoją cenę. Ile warta jest miłość?
Ona jest potężnym dżinnem. On złodziejem z ulicy. Połączyła ich pradawna magia.
Kiedy Aladyn odnajduje magiczną lampę, Zahra zostaje przywrócona światu, którego nie widziała od pięciuset lat. Ludzie i dżinny pozostają w stanie wojny, więc aby przetrwać, musi ukrywać swą tożsamość. Przybierając różne kształty, będzie trwać przy swoim nowym panu aż do czasu, kiedy ten wypowie swoje trzy życzenia.
Wszystko się komplikuje, gdy Nardukha, potężny król dżinnów, oferuje Zahrze szansę całkowitego uwolnienia od magii lampy. Uratowanie siebie oznacza jednak zdradzenie Aladyna – człowieka, w którym Zahra… zakochała się wbrew sobie. Teraz musi podjąć dramatyczną decyzję: wybrać między wolnością a uczuciem – zakazanym, lecz silniejszym niż wszystko, co znała do tej pory.
Skrywane przez stulecia tajemnice, baśniowy świat skrzący magią, niebezpieczeństwo i miłość wbrew wszelkim zasadom.
zdjęcie i opis pochodzą ze strony wydawnictwa SQN


Nie można wybrać swojego losu, ale można wybrać, kim staniemy się za jego sprawą.
Nie zaprzeczam - być może było już tysiąc i jedna takich historii. Tysiąc i jedna dziewcząt, które nie mogły podążać za marzeniami, powstrzymywane przez niewidzialne więzy. Tysiąc i jeden biedaków, którzy do ostatniej kropli walczyli o wolność oraz szansę na lepsze życie dla siebie i swoich rodzin. Tysiąc i jeden skłóconych królestw, zbuntowanych księżniczek i rewolucji, które skończyły się fiaskiem. Tysiąc i jeden zakazanych życzeń. Jednak wiem jedno - nie ma wiele książek, które wzbudziły we mnie tak silne emocje, jak właśnie ta, której okładkę mam teraz przed sobą. 
Nie byłabym sobą, gdybym obok klimatu, jakim kusi nowa powieść Jessiki Khoury przeszła całkowicie obojętnie. Pierwsze, że retellingi zawsze mnie przyciągają - choć nigdy nie miałam okazji spotkać się ani z disneyowską adaptacją Aladyna, ani też z tradycyjną jego historią w Baśniach tysiąca i jednej nocy, byłam ciekawa, jak Khoury poradzi sobie z, nie ukrywajmy, skomplikowanym zadaniem. A drugie, że historia zapowiadała się tak... magicznie. Niespotykanie. I, jak się potem okazało, na samej zapowiedzi się nie skończyłoZakazane życzenie to, w rzeczy samej, czarująca opowieść. Opowieść o pustynnym królestwie, które z całych sił próbuje ochronić się przed dżinami i... o magii, której sednem wcale nie jest szeptanie skomplikowanych inkantacji.
Czas to najpotężniejsza magia.
W swoim życiu przeczytałam sporo takich książek. Wiecie, zwyczajowy tok wydarzeń: silna, wojownicza, piękna i pozbawiona wad dziewczyna ratuje świat, w jakiś nikomu nieznany sposób pokonując wszystkie przeszkody, jakie stają na jej drodze. I przyznaję, że choć z początku obawiałam się takiego obrotu sprawy w Zakazanym życzeniu, to, ku mojej uldze, Khoury udało się uciec schematowi i tchnąć w swoich bohaterów prawdziwą, całkowicie ludzką duszę. Pokochałam Zahrę. Od samego początku targa ją wiele uczuć, lecz sposób, w jaki dziewczyna radzi sobie ze swoimi emocjami nie razi w oczy tak, jak czasami bywa w powieściach młodzieżowych - nie mamy do czynienia ani z wiecznie niezdecydowaną beksą, ani też z twardzielką, która mimo wszystko nie daje głosu swojemu prawdziwemu ja. Wręcz przeciwnie - Zahra jest osobą z pozoru niepokonaną, ale w środku skrywającą dogłębnie ludzką naturę, której nawet wiele lat spędzonych w lampie nie było w stanie zniwelować. Dziewczyna jednak nie jest jedynym powodem, dla którego powieść Khoury uplasowała się swoją oceną bardzo wysoko - tak samo sprawa ma się z Aladynem, którego postać, mimo pozorów, jest o wiele bardziej złożona, niż można się tego było spodziewać. Myślę, że głównie kontrast pomiędzy nim a Zahrą sprawił, że opowieść ta jest aż w takim stopniu intrygująca. On - nierozsądny, popadający co rusz w kłopoty, o niepowstrzymanym temperamencie i ciętym języku. Ona - dzielna, sprawiająca wrażenie niebezpiecznej, jednak zorganizowana i zawsze wiedząca, co powiedzieć i zrobić. Razem - duet, który pokona wszystko - nawet zasady, których już dawno nie ośmielano się łamać. 
Czyż bowiem nie poucza poeta, że jeden przyjaciel od serca cenniejszy jest od dziesięciu tysięcy wielbłądów dźwigających złoto i drogie kamienie?
 Relacje. Gdyby nie otoczka w postaci czyhających na życie miasta dżinów, o tym właśnie byłaby ta książka - o relacjach, więziach, niciach łączących każdego jednego bohatera z drugim, intrygach, miłościach i nienawiściach. Przyjaźń Zahry i tajemniczej kobiety, którą dżin nazywa Habibą. Relacja między dziewczyną a jej panem lampy, Aladynem. Więzi, które połączyły Kaspidę razem z jej Strażniczkami. Khoury upchnęła tu tak dużo różnorakich związków, że aż ciężko uwierzyć, by historia tak nimi upakowana się udała - a jednak. Aż ciężko nie pokochać postaci, które zostały wykreowane z taką szczegółowością i dbałością o najmniejsze detale - a widząc ich jako ludzi tak podobnych do nas, tym ciężej pozostać całkowicie obojętnym. Myślę, że nawet jeżeli nie przemawiają do Was klimaty, w jakich obraca się Zakazane życzenie, to właśnie dla jego bohaterów powinniście się przemóc i spróbować, bo autorka wykonała naprawdę świetną robotę, której długo nie zapomnicie.
Poeta poucza: wszystkie opowieści to kłamstwa, które mówią prawdę.
 Nie wspomniałam jeszcze o jednym, a chyba najważniejszym: o historii. Historii, która jest niby banalna i przewidywalna, a z drugiej zadziwia na każdym kroku. Historii, która z każdą stroną łamie nam serce coraz bardziej i doprowadza do stanu, kiedy w końcu sami nie wiemy, czy to główni bohaterowie przeżywają właśnie jakąś rozterkę, czy to my głowimy się nad rozwiązaniem ważnego życiowego problemu. Jessica Khoury nie wie, kiedy przestać. Można powiedzieć, że otrzymawszy możliwość bawienia się uczuciami poprzez słowa, które wyjdą spod jej pióra wykorzystuje ją w pełni i ani na moment nie przestaje, wciąż widząc do tego nowe okazje. A chyba nikt, kto kiedykolwiek przeczytał Zakazane życzenie w tej chwili nie zaprzeczy: Khoury jest prawdziwą czarodziejką słów. Już dawno nie spotkałam się ze światem, który byłby aż tak plastyczny, aż tak realistyczny i wyrazisty, że mógłby istnieć naprawdę. Brak w tej książce jest jakichkolwiek suchych opisów, podczas których tylko czekalibyśmy na to, by w końcu się coś zadziało, nie sposób jest też zerkać co chwilę na zegarek, odliczając czas do następnego rozdziału. Otwierając Zakazane życzenie na pierwszej stronie, skazujemy się na dobrych kilka godzin nieprzerwanej lektury; lektury, której nie zakończymy, dopóki nie poznamy zakończenia tej przepięknej historii.
Jest słońcem, a ja księżycem. Musimy trwać w rozłące, inaczej zostanie zaburzona równowaga świata.
Polecam Wam tę książkę z całego serca. Wiele czasu minęło od momentu, kiedy jakakolwiek literatura stricte młodzieżowa wzbudziła we mnie tak silne emocje i choć myślałam, że ta chwila nigdy nie nadejdzie, oto jest: dzięki Jessice Khoury odzyskałam wiarę, że nie wszystkie schematy zostały już do końca wyczerpane. 


Ocena - 10/10