niedziela, 7 maja 2017

[PRZEDPREMIEROWO] - "Wiatrodziej" - Susan Dennard

Życie Merika nie jest łatwe. Niedawno stracił najlepszego przyjaciela, a do tego właśnie spłonął mu okręt. Za wszystkim stoi jego siostra Vivia, która chce się pozbyć młodego księcia i zasiąść na tronie. Na domiar złego Czaroziemie właśnie stają w obliczu wojny. Świat znany Merikowi bezpowrotnie odchodzi w przeszłość. Safi i Iseult wpadły w nie mniejsze kłopoty. Znowu zostały rozdzielone i nie wiadomo, czy jeszcze kiedykolwiek się spotkają. Safi towarzyszy cesarzowej, a po piętach depczą im piekielni bardowie. Każdy chce mieć potężną prawdodziejkę po swojej stronie, bowiem jej moc może zdecydować o powodzeniu w rozgrywkach politycznych. Z kolei Iseult po raz kolejny musi się zmierzyć z okrutnym krwiodziejem. A może powinna mu zaufać?
"Prawdodziejka" chwyciła mnie za serce. Pamiętam, jak zaintrygowana czułam się po przeczytaniu pierwszego tomu - pragnęłam natychmiast sięgnąć po drugi, poznać dalsze losy ukochanych bohaterów i ponownie zatopić się w oryginalnym uniwersum stworzonym przez Susan Dennard, z którym wiązałam już tyle przyjemnych wspomnień. Dlatego też, kiedy dotarła do mnie wieść o wydaniu drugiej części przez wydawnictwo SQN, nie mogłam opisać mojej radości żadnymi słowami. Byłam pewna, że to będzie książka, która da mi odpowiedzi na wszystkie pytania od dawna kłębiące się w mojej głowie. Myślałam, że spędzę przy niej kilka ciekawych wieczorów, z żalem rozstanę się z bohaterami, odłożę ją na półkę i nie raz, nie dwa spojrzę w tym kierunku tęsknym wzrokiem, przypominając sobie o niesamowitych emocjach, które mi wtedy towarzyszyły. Jednym zdaniem, spodziewałam się wszystkiego, tylko nie tego, że "Wiatrodziej" okaże się niezwykle przeciętny.
I to nie jest tak, że ta powieść mi się nie spodobała i żałuję, że w ogóle wzięłam ją do ręki. Nie. Pomysł na fabułę był ambitny, bohaterowie rozwinęli skrzydła i stali się jeszcze bardziej interesujący niż wcześniej. Stylowi pisania też za bardzo nie mogę nic zarzucić, bo "Wiatrodzieja" czytało mi się lekko i przyjemnie. Wszystko, przynajmniej pozornie, wydawało się być w najlepszym porządku. Tylko że nawet w swoich najśmielszych marzeniach nie mogłam przewidzieć, że nowa książka Susan Dennard będzie tak niesamowicie powolna.
Wiecie, za każdym razem, kiedy w Polsce ma wyjść książka, o której aż "huczy" za granicą, sięgam najpierw po jej recenzje zza oceanu. "Pędząca akcja", "nie daje odpocząć", "rosnące napięcie" i "niezwykłe dawkowanie emocji"... wymieniłam tylko kilka z określeń, jakimi hojnie obdarzali tą powieść wszyscy recenzenci, wychwalając ją przy tym pod niebiosa. Jeśli chodzi o mnie - "Wiatrodziej" jest tych słów kompletnym przeciwieństwem.
Wszystko działo się strasznie wolno. Mam wrażenie, że przez czterysta stron książki miały miejsce tylko dwa, może trzy ważne wydarzenia, a reszta powtarzała się i sprowadzała mniej więcej do takiego stanu, z jakiego wyszli nasi bohaterowie. Nie znalazłam tu ani jednej chwili, w której ze zniecierpliwieniem przewracałabym kartki, nie mogąc doczekać się tego, co stanie się na następnej. Wręcz przeciwnie - sam proces czytania zajął mi więcej niż tydzień, czyli stosunkowo długo jak na książkę tego typu, a przez ten czas miałam wrażenie, że nic takiego się na kartach "Wiatrodzieja" nie wydarzyło. Naprawdę, jest mi bardzo przykro, że autorka zmarnowała tak świetny pomysł na fabułę. Historia, jaką miała zamiar nam zaprezentować była rzeczywiście ambitna i miała ogromny potencjał, aczkolwiek myślę, że Dennard niepotrzebnie rozciągnęła ją na aż trzy książki - równie dobrze tę samą fabułę mogła opowiedzieć w maksymalnie dwóch.
Jeżeli chodzi o postaci, to tutaj widzę dosyć spory postęp. W poprzednim tomie niezwykle ceniłam wątek przyjaźni Safi i Iseult, który zazwyczaj jest traktowany w książkach bardzo "po macoszemu" - i choć tutaj był on ukazany w bardziej okrojonej wersji, i tak nie mogłam wyjść z podziwu, jak dużą rolę grał na kartach "Wiatrodzieja". Susan Dennard postanowiła przedstawić nam fabułę nie tylko z perspektywy więziosióstr, ale także księcia Merika, jego siostry Vivii czy Aeduana, znanego nam z poprzedniej części krwiodzieja. Uważam to za naprawdę dobre posunięcie, ponieważ poznaliśmy ich punkty widzenia i prawdziwe zamierzenia, które niekiedy różniły się od tego, co robili bądź mówili. Szczególnie udało mi się polubić Vivię - kandydatkę do nubreveńskiego tronu, która cały czas musiała zmagać się z życiem w cieniu swojego brata oraz radą wizerów, która najchętniej nie dopuściłaby jej do korony. Według mnie jej opowieść była naprawdę intrygująca i przedstawiła nam, że nawet postacie z pozorów uznawane za "czarne charaktery" mają swoją dobrą stronę.
Mimo wszystko polecam Wam tę książkę. Jeżeli zachwyciła Was "Prawdodziejka" i chcecie poznać dalszą historię Waszych ulubionych bohaterów, to "Wiatrodziej" jest to tego idealną okazją. A kto wie, może akurat odbierzecie ją inaczej, a książki Susan Dennard staną na podium Waszych ukochanych książek? 
Ocena - 5/10

Za książkę bardzo dziękuję Wydawnictwu Sine Qua Non!

niedziela, 30 kwietnia 2017

"Gdzie jest korona cara?" - Artur Pacuła

Przygoda na obozie wspinaczkowym zamienia się w poszukiwanie skarbów.
Igor chodzi do klasy z Moniką, ale zaczyna z nią rozmawiać dopiero na obozie w Zamku Czocha. Kiedy dołączy do nich kuzynka Ala i dopiero poznany Miras okaże się, że stworzą znakomity zespół.
Na szczęście kilku szalonych pomysłów nie zrealizują. Opiekuje się nimi pan Marcin Krygier - zafascynowany historią nauczyciel. To on wprowadzi młodzież w świat historycznych zagadek związanych z zaginionymi tuż po Drugiej Wojnie Światowej klejnotami.
Wszyscy oni nie przypuszczają, że stare, opowiedziane wielokrotnie historie o skradzionych skarbach mają w sobie ziarno prawdy. Nauczyciel zauważy, że świeże, młode spojrzenie może okazać się pomocne i otworzyć nowe ścieżki w poszukiwaniach. 
Nasi bohaterowie będą się wspinać w skałkach, zjada na tyrolce i złapią bakcyla wspinaczki górskiej. Wyruszą na poszukiwania tajnych, zamkowych tuneli. Wezmą udział w pościgu za złodziejem i rozwiążą kilka łamigłówek zanim odnajdą… 
Odnajdą Koronę Cara? 

Już dawno straciłam wiarę w polskich autorów.
Zagraniczne twory, niesamowicie rozreklamowane i natychmiast obsypywane mnóstwem pozytywnych recenzji, zawsze mnie przyciągały - rodzimych pisarzy zaś kojarzyłam jedynie z mglistych wspomnień moich znajomych lub szkolnych lektur, których, jak łatwo się domyślić, nie zaliczam do najlepszych książek mojego życia. Zawsze byłam święcie przekonana, że "trawa za płotem jest zieleńsza", a twórcy zza oceanu są w stanie napisać o wiele lepsze powieści. 
I przypuszczam, że gdyby nie "Gdzie jest korona cara?" oraz "Gdzie jest skrzynia z karabinami?" autorstwa Artura Pacuły, to jeszcze długo by tak pozostało. 
Kiedy zdałam sobie sprawę, że sięgnęłam po drugą część serii nie znając pierwszej, natychmiast poczułam chęć nadrobienia zaległości. Nie ukrywam, że kompletnie zakochałam się w bohaterach i już zaczynałam tęsknić za ich szalonymi przygodami - dlatego po przeczytaniu opisu "Gdzie jest korona cara?" książka wylądowała w moim sklepowym koszyku, a ja byłam przekonana, że historia umiejscowiona w zamku Czocha znajdzie się wśród moich ulubionych. Nie myliłam się.
Porównując obie książki do siebie, muszę przyznać, że autor naprawdę postarał się z wykreowaniem fabuły. Zawsze doceniam pisarzy, którzy oprócz głównych wątków wplatają w swoją książkę elementy historyczne - dodaje to realizmu, a poza tym "zmusza" czytelników do poznania interesujących faktów o przeszłości naszego kraju za pośrednictwem innych środków niż lekcja spędzona w szkolnej ławce. Cieszy mnie również fakt, że informacje te były dawkowane stopniowo, więc nie nudziły mnie, ale stanowiły miłą przerwę od wartkiej akcji, od której ciężko było mi się oderwać.
Tym razem byłam świadkiem pierwszych spotkań przyjaciół i mając w pamięci to, jak zgraną paczką staną się w przyszłości, aż ciężko było mi powstrzymać uśmiech. Na przestrzeni stron mogłam zauważyć, jak duże zmiany w nich zaszły - poprzez wydarzenia, które spotkały grupę młodzieży, zmienili się i dorośli, stając się bardziej odpowiedzialni i dojrzali. Dobrze pamiętam, że w "Gdzie jest skrzynia z karabinami?" przeszkadzała mi ich "nadmierna" inteligencja oraz stosowanie nieodpowiednich do wieku zwrotów i choć tutaj sprawa wygląda podobnie, myślę, że udało mi się do tego przyzwyczaić. 
Aż wstyd byłoby nie wspomnieć o ogólnym pomyśle na fabułę. Akcja tym razem kręci się wokół poszukiwań słynnej korony cara, ale nie brak tutaj wątków pobocznych - między innymi normalnych nastoletnich problemów młodych bohaterów, mnóstwa uroków obozu wspinaczkowego oraz zmagań z Peterem Langerem, Anglikiem, któremu również marzy się znalezienie skarbów. Poruszone zostały też takie tematy, jak więzi rodzinne oraz, oczywiście, przyjaźń, która powoli zaczyna zawiązywać się między Mirasem, Igorem, Alą i Moniką.
Panie Arturze, moja wiara powoli wraca.
Przyznaję, że ostatnio żadna książka nie przypadła mi aż tak bardzo do gustu, jak dwa tomy przygód młodych przyjaciół. Coraz częściej odnoszę wrażenie, iż autorzy powieści młodzieżowych się wypalają, pomysły kończą, a książki o tej tematyce stają się najzwyczajniej w świecie nudne i oklepane - ile to schematów jest już powtarzanych w nadziei, że powieść zyska większą popularność? Dlatego też książki Artura Pacuły uważam za swoisty "powiew świeżości", nostalgiczny powrót do czasów dzieciństwa, gdy właśnie w takiej literaturze się zaczytywałam. Po przeczytaniu moje wrażenia z lektury mogłabym podsumować tylko jednym zdaniem - z jeszcze większą niecierpliwością czekam na trzeci tom, "Gdzie jest skrytka generała Grota" i mam nadzieję, że ukaże się już niedługo na księgarnianych półkach! 
Polecam wszystkim, którzy zmęczeni są już nieustanną powtarzalnością w książkach młodzieżowych i uciążliwymi schematami, których coraz ciężej jest nam unikać. Mam wrażenie, że powieść trafi zarówno do młodszych, jak i starszych czytelników - ma w sobie niesamowity klimat, w którym zakochają się wszyscy, niezależnie od wieku i ulubionego gatunku literatury. Mam nadzieję, że przynajmniej paru z Was zachęciłam do przeczytania i radzę czym prędzej sięgnąć po przygody młodych poszukiwaczy skarbów! 

Ocena - 9/10

sobota, 22 kwietnia 2017

"Gdzie jest skrzynia z karabinami?" - Artur Pacuła

Zapowiadają się najnudniejsze wakacje na świecie. Igor ledwo wrócił z obozu wspinaczkowego, a już musi wyjechać do wujka do Katowic. To miasto nie kojarzy mu się z niczym ciekawym. Tylko jakieś kopalnie i huty.
Jego kuzynka Ala, bardzo mu jednak zazdrości. Będzie mógł poznać wspólnego wujka - Michała, który jest najbardziej obiecującym, młodym himalaistą. Właśnie zdobył Kanczendżongę! Podobnie myśli Miras – kolega z obozu wspinaczkowego. Uważa, że nie ma nic gorszego niż wakacje w domu. Poza tym w takim dużym mieście, jak Katowice musi mieszkać mnóstwo ciekawych ludzi. Monika jest już właściwie w drodze na rodzinne wakacje. Mama dostała pierwszy urlop od kilku lat, a tata właśnie wrócił na stałe z Irlandii i obiecał dwa tygodnie wspólnie spędzonego czasu.
Po przyjeździe Igor błyskawicznie spotyka chłopaka ze Śląska - Krzyśka, a wspólny mecz piłkarski pozwala się bliżej poznać. To dzięki niemu nie będzie czasu na nudę. Niemal sto lat temu pradziadek Krzyśka ukrył gdzieś w Katowicach skrzynię z karabinami. 
Nie obejdzie się też bez poznania tajemnic historii Śląska, a do tego najlepiej przyda się Boss, czyli Marcin Krygier – nauczyciel historii. Trzeba tylko rozszyfrować zakodowane wiadomości z przeszłości, śledzić podejrzewanego o kradzież mężczyznę i przeszukać tajemnicze zakamarki. 
Wtedy będzie szansa na dotarcie do skrzyni z karabinami.

Kwiecień chyli się ku końcowi. Jeszcze majówka, za parę tygodni czerwiec, wystawienie ocen, zakończenie roku szkolnego... i nareszcie upragniona wolność. Jeżeli chodzi o mnie, to nie mogę się doczekać, kiedy skończę szkolną harówkę i odpocznę od ciągłego stresu oraz męczącej nauki. I choć myślałam, że to niemożliwe, niesamowity klimat książki pt. "Gdzie jest skrzynia z karabinami?" sprawił, że z jeszcze większym utęsknieniem wyczekuję letnich wakacji i przygód, jakie ze sobą przyniosą.
Przy powieściach takich jak ta spędziłam całe swoje dzieciństwo. "Pan Samochodzik" Zbigniewa Nienackiego, "Wakacje z duchami" i "Podróż za jeden uśmiech" Adama Bahdaja... samo wspomnienie o nich przywołuje na moją twarz ogromny uśmiech i miłe chwile, jakie przeżywałam poznając perypetie bohaterów. Kiedyś lubowałam się w tego typu historiach - oto grupka młodzieży wyjeżdża na wakacje i przeżywa niezwykłe wydarzenia związane z poszukiwaniami zaginionego skarbu albo rozszyfrowywaniem dawno zapomnianej tajemnicy, mierząc się po drodze z wieloma przeszkodami. Książki te mają w sobie niesamowity, wakacyjny klimat - klimat, który Arturowi Pacule udało się w "Gdzie jest skrzynia z karabinami" idealnie wpleść.
Przyznaję, że dawno nie zainteresowałam się tak bardzo jakąkolwiek fabułą. Akcja dzieje się we współczesnym świecie, ale tajemnica rozwiązywana przez bohaterów obraca się w realiach drugiej wojny światowej - rozeszły się pogłoski, że pradziadek Krzyśka to zdrajca, który podczas bitew walczył po stronie niemieckiej, a grupa przyjaciół postanowiła udowodnić, że jest inaczej. Autor znakomicie poprowadził wszystkie wątki w taki sposób, że ani przez chwilę nie czujemy się znudzeni ani przytłoczeni nadmierną ilością historycznych faktów. Wręcz przeciwnie, opowieści o powstaniach śląskich, które odgrywają tutaj dużą rolę, są tylko dodatkami do pędzącej na złamanie karku akcji i ani na trochę nie spowalniają jej biegu. Myślę, że nawet czytelnicy, którzy nie pałają zbytnią miłości do historii znajdą tutaj coś dla siebie - fabuła jest bardzo ciekawa i wciągająca oraz obfituje w wiele interesujących wydarzeń.
Bardzo spodobał mi się styl pisania Artura Pacuły. Nie posługuje się on dużą ilością opisów (co dla mnie jest dużym plusem, ponieważ nie przepadam za takim przeciąganiem akcji), ale stopniowo pozwala przyswoić nam wszystkie informacje i dawkuje tylko tyle wiadomości, ile w danym momencie jest czytelnikowi potrzebne. Także dialogi są zbudowane w sposób przystępny i naturalny, a każda z postaci ma swój indywidualny sposób wyrażania się, dzięki któremu łatwo można ją zapamiętać. Jako że akcja książki dzieje się w Katowicach, na jej kartach pojawiła się szeroko znana gwara z tamtejszych rejonów, którą posługiwali się się miejscowi bohaterowie. Myślę, że zabieg ten nie dość, że był dosyć oryginalny, to dodał książce realizmu oraz bardziej przybliżył nam życie Ślązaków.
Jedyne, co nie przypadło mi do gustu w tej powieści to niedokładne odwzorowanie świata współczesnych nastolatków. Dzieci w wieku 11-12 lat posługiwały się wyrażeniami, które są zarezerwowane dla dorosłych, co odebrało mi trochę radości z czytania - ich przedstawienie z biegiem czasu po prostu stało się nierealistyczne. Malutkie niedociągnięcia w słownictwie nie przeszkadzały jednak temu, bym ich polubiła, dlatego po zakończeniu książki ciężko było mi się rozstać z Igorem, Moniką, Mirasem, Alą i Krzyśkiem.
Przybliżając Wam ich kreację, muszę przyznać, że Artur Pacuła naprawdę się postarał. Nie dość, że bardzo szybko polubiłam wszystkie postacie, to jeszcze udało mi się do nich przywiązać i już nie mogę się doczekać, kiedy będę miała możliwość przeczytania następnej historii z ich udziałem. Każdy z bohaterów jest inny i na swój sposób ciekawy, przez co opowieść stała się bardzo barwna. Razem stanowili naprawdę zgraną paczkę i mimo że nie zawsze się zgadzali, to na pewno są przykładem wspaniałej, zawsze wspierającej się grupy przyjaciół.  
Komu polecam tę książkę? Wszystkim! Nie zrażajcie się, powieść jest nie tylko dla dzieci i młodzieży, a każdy wyniesie z niej naprawdę ważną lekcję. Autor w swojej powieści poruszył naprawdę wiele tematów, w tym relacje z rodziną i przyjaciółmi - dlatego myślę, że niezależnie od wieku i ulubionego gatunku literackiego "Gdzie jest skrzynia z karabinami?" powinna znaleźć się w Waszej domowej biblioteczce.

Ocena - 9/10


piątek, 31 marca 2017

"Miasto niebiańskiego ognia" - Cassandra Clare

Ciemność ogarnęła świat Nocnych Łowców. Chaos i destrukcja obezwładniają Nefilim, ale Clary, Jace, Simon i ich przyjaciele łączą siły, żeby walczyć z największym złem, z jakim kiedykolwiek się zetknęli. Brat Clary, Sebastian Morgenstern, systematycznie usiłuje zniszczyć Nocnych Łowców. Posługując się Piekielnym Kielichem, zmienia ich w istoty z koszmaru, rozdziela rodziny i kochanków, powiększa szeregi swojej armii Mrocznych. Nic na świecie nie jest w stanie go pokonać… ale jeśli Clary i jej drużyna wyprawią się do królestwa demonów, mogą mieć szansę…
Ludzie stracą życie, miłość zostanie poświęcona, cały świat się zmieni.

Szukasz serii, która pochłonie Cię na długie wieczory? Pragniesz przywiązać się do bohaterów, płakać i cieszyć się razem z nimi podczas wspólnego ratowania świata przed złem? Nie możesz doczekać się momentu, kiedy z dumą będziesz mógł nazwać kolejną autorkę swoją ulubioną? A może po prostu lubisz klimaty fantastyczne i wszystko, co im bliskie, musi znaleźć się na Twojej liście "do przeczytania"?
Jeżeli tak, to chyba poczujesz się zawiedziony, ponieważ seria "Dary anioła" nie spełni żadnego z Twoich oczekiwań.
Po zakończeniu "Miasta zagubionych dusz" przysięgłam sobie, że już więcej nie wrócę do twórczości Cassandry Clare. I jak to czasami bywa - właśnie wtedy rozpoczął się "boom" na "Panią Noc". Posypały się ochy, achy, pozytywne recenzje, polecenia, wszechobecne namawianie, aby bez względu na wszystko doczytać do końca "Dary Anioła" i sięgnąć po nową serię autorki. Przyznam, że długo się wahałam - niesmak, jaki pozostał mi po lekturze ostatniej części był zbyt silny, bym chciała powtarzać karuzelę mieszanych uczuć jeszcze raz, dlatego odkładałam zakończenie serii na czarną godzinę. I kiedy w końcu "Miasto niebiańskiego ognia" pojawiło się w bibliotece jako dostępne, chcąc nie chcąc, podjęłam decyzję. Sięgnę po ostatni tom.
Zapowiadało się ciekawie. Nie ukrywam, że z początku było mi bardzo ciężko, ponieważ niezbyt pamiętałam, co działo się ostatnio i zostałam od razu wrzucona na głęboką wodę. Sądziłam, że moje chwilowe zdezorientowanie po chwili zniknie - lecz jak bardzo się myliłam! Przez całą książkę nie mogłam dojść, co tak naprawdę łączy się z czym, kto jest czyją rodziną, kto z kim walczył i kto kogo pokonał. Postacie niesamowicie mi się myliły, w szczególności te drugoplanowe, którym autorka nie poświęcała tyle uwagi - mam wrażenie, jakby w pewnym momencie zgubiła się, mając do wykreowania tak dużo osobnych wątków. Maia, Simon, Magnus, Jace, Clary, Isabelle... każdy z tych bohaterów domagał się oddzielnego punktu widzenia, aczkolwiek Cassandra Clare, próbując im je zapewnić, tylko zbytnio zagmatwała fabułę.
Właśnie, fabuła... po przeczytaniu serii i spojrzeniu na nią świeżym okiem zgadzam się, że "Dary anioła" powinny zakończyć się na trzecim tomie. Wtedy jeszcze czuć było tę magię, adrenalinę, napięcie wzrastające z każdym momentem tylko po to, aby osiągnąć szczyt w kulminacyjnej chwili. Teraz wyraźnie widziałam, że autorce skończyły się pomysły, a poczynania bohaterów w pewnym momencie zaczęły być nie tyle nierealistyczne, co po prostu śmieszne. Rozumiem, jaki klimat Cassandra Clare pragnęła nadać swojej serii i uważam, że w dobrym wykonaniu okazałby się on naprawdę ciekawym rozwiązaniem - jednakże "mrok" i "groza" tejże autorki przyprawiły mnie tylko o niesmak i rozczarowanie. Przerażające wyobrażenie piekła? Demony, potwory, krwawe walki i poświęcenie dla ważnego celu? Niesamowite relacje łączące bohaterów, o których nie da się zapomnieć? Jeżeli są to slogany, jakie zazwyczaj widzicie w recenzjach tej książki, niestety muszę Was uprzedzić - niczego z tych rzeczy nie znajdziecie w "Mieście niebiańskiego ognia".
 Co powiem o bohaterach? Clary jest irytująca, Alec za bardzo się przejmuje, Magnusa trudno zrozumieć, Jace stał się kompletnie nijaki, Isabelle zniknęła w tłumie, a Simon... jak zwykle nie posiada żadnego interesującego wątku. Niestety - po raz kolejny zawiodłam się na ich wykreowaniu, licząc na cud, a otrzymując naprawdę rozczarowującą bandę papierowych kukieł, które nie są w stanie nawet poprawnie wyrazić swoich emocji. Po przeczytaniu żartowałam, że powinnam dostać medal za wytrzymałość - w końcu spędziłam blisko siedemset stron w ich towarzystwie i ani razu nie przeszło mi przez myśl, aby odłożyć książkę na później!
Czy polecam? Nie. Szczerze powiedziawszy, jeżeli aż tak bardzo chcecie sięgnąć po tę serię, to czytajcie tylko do trzeciego tomu - poznacie styl pisania Clare i być może zakochacie się w Nocnych Łowcach tak jak ja kiedyś. Niestety, kontynuowanie "Darów anioła" przyniosło mi tylko  zmarnowanie kilkunastu wieczorów, dlatego liczę na to, że nie popełnicie tych samych błędów.

Ocena: 3/10 

poniedziałek, 20 marca 2017

"Miasteczko Darkmord" - Shane Hegarty

Miasteczko Darkmord nie pojawia się na wielu mapach, bo nikt nie chce go znaleźć. Leży trochę za bardzo na północ, nieco za daleko na południe. W tajemniczych okolicznościach znikają kolejni mieszkańcy. Pozostali chcą uciekać...
W każdym zakątku miasta czają się Legendy…
SŁYSZYSZ?
NADCHODZĄ!
SĄ CORAZ BLIŻEJ!
MOŻESZ ZACZĄĆ SIĘ BAĆ!
Finn wolałby mieć normalne życie: szkoła, dom, koledzy. Ale zgodnie z przeznaczeniem powinien zostać Łowcą Legend, pogromcą potworów. Niestety w ogóle się do tego nie nadaje. Czy odkryje w sobie bohatera? Czy uda mu się obronić miasteczko?



Poszukujesz prezentu dla młodszego rodzeństwa / kuzynostwa, które tak jak Ty pasjonuje się czytaniem? Zbliża się czas spotkań rodzinnych, a Ty jeszcze nie wiesz, co podarujesz dawno niewidzianym krewnym? A może chcesz przeczytać coś niezobowiązującego, aczkolwiek niezwykle ciekawego i intrygującego?
Jeśli tak - mam coś właśnie dla Ciebie.
Kiedy po raz pierwszy ujrzałam na stronie wydawnictwa okładkę "Darkmord", nie byłam zbytnio zainteresowana. Nie ukrywam - przygodę z książkami middle-grade zakończyłam już dawno temu, a każdy mój powrót do tego gatunku kończył się jedynie zmarnowanymi wieczorami spędzonymi przy danej książce. Jednakże kiedy w moje ręce trafił egzemplarz tej powieści, postanowiłam dać mu szansę. Czy słusznie?
Myślę, że najważniejszą rzeczą, jaką ma w sobie ta książka jest niesamowity, widoczny gołym okiem przekaz. Autor ponownie wykorzystał dobrze znany nam schemat chłopca, który nie pasuje do sytuacji w której się znalazł - jego ojciec to odnoszący wiele sukcesów łowca Legend, aczkolwiek jego syn nie spełnia oczekiwań rodziciela i zamiast ganiać za potworami, najchętniej spełniałby swoje własne marzenia o byciu weterynarzem. Na Finnie ciąży odpowiedzialność, którą coraz trudniej jest mu unieść. Nieustanne treningi pod czujnym okiem taty, ciągłe niepowodzenia w starciach z Legendami, a także docinki, jakie słyszy pod swoim adresem w szkole, tym bardziej nie podnoszą chłopca na duchu - jednak kiedy przychodzi odpowiedni moment, Finn postanawia stanąć do walki z własnymi słabościami i przezwyciężyć pasmo nieszczęść, które zawsze mu towarzyszyło.
Styl autora jest zabawny, lekki i nienachalny, przez co książkę czyta się bardzo szybko. Mimo że początek przysporzył mi niemałe problemy i ciężko było mi wbić się w fabułę, potem było tylko lepiej i szybko udało mi się przebrnąć przez dosyć długą historię młodego łowcy Legend. Mało tego, przeczytanie jej zajęło mi ledwo dwa wieczory!
Jestem pod dość sporym wrażeniem wykreowania fabuły przez Shane'a Hegarty'ego i myślę, że choć książka przeznaczona jest głównie dla  dzieci, i odrobinę starsi czytelnicy znajdą w niej chwilę relaksu i przyjemności. Kłamstwem byłoby powiedzenie, iż jest ona wyjątkowo ambitna bądź oryginalna, ale nie pod tym względem postanowiłam ją ocenić - na pewno świetnie się przy niej bawiłam, a to również jest niezwykle ważne podczas czytania powieści.
Myślę, że dla wydawnictwa Znak należą się ogromne brawa za wydanie "Miasteczka Darkmord". Cudowna okładka w twardej oprawie, czarne grzbiety stron i idealna do czytania czcionka, przy której nie męczą się oczy - przyznam, że jeżeli chodzi o sprawy graficzne, to wydawnictwo nie ma ze sobą równych!

Mam dla Was również małą niespodziankę - kiedy przy zamówieniu na stronie wydawnictwa Znak wpiszecie kod "Darkmord", otrzymacie na tę książkę 33% rabatu! 

Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Znak Emotikon.

Ocena - 7/10

piątek, 27 stycznia 2017

"Królewski wygnaniec" - Fiona McIntosh

Ze wschodu nadciągnęła barbarzyńska horda prowadzona przez wodza Loethara… niczym bezlitosna plaga rozlała się po wszystkich królestwach, siejąc zniszczenie pośród tych, którzy niegdyś z niej kpili.
Do zdobycia pozostała już tylko jedna kraina. Najbogatsze i najpotężniejsze królestwo Koalicji Denova – Penraven. Władcy z rodu Valisarów stają w obliczu pewnej śmierci, tyran Loethar pożąda bowiem tego, czym władają tylko oni: legendarnego Uroku Valisarów, daru przekonywania, któremu nie można się oprzeć.
Z pomocą jednego żołnierza królewski syn – ostatnia nadzieja oblężonego miasta – umyka wrogowi. Od teraz przyszłość Penraven spoczywa na barkach tego młodego Valisara, musi on jednak przetrwać wśród bestialstwa i zdrady, by rozwikłać tajemnicę swego dziedzictwa.
opis i zdjęcie pochodzą ze strony www.lubimyczytac.pl

W zasadzie nie miałam pisać tej recenzji. 
Wiecie: książkę przeczytałam mniej więcej pół roku temu, oddałam koleżance i wkrótce potem zapomniałam, że wypadałoby ją ocenić na blogu. Ani nie była szczególnie zachwycająca; ani też nie z gatunku takich, o których wypadałoby wspomnieć, niezależnie od odczuć czytelnika; nie natchnęła mnie także wena, aby po przysłowiowym "pokonaniu" "Królewskiego wygnańca" od razu podzielić się moimi emocjami ze światem. Dlatego też ochoczo rzuciłam ten tytuł w grono nigdy nieukończonych postów roboczych i tam też został, aż do dzisiejszego dnia. 
Nigdy nie zrecenzowałam tutaj książki, która nie byłaby w jakimkolwiek sensie popularna. Jestem raczej czytelnikiem, które swoje lektury wybiera na podstawie pozytywnych recenzji - ot, widzę trzy, cztery wysokie oceny danej pozycji i jestem pewna, że dopisanie jej do mojej niekończącej się listy czytelniczej nie będzie aż tak dużym błędem. I tak naprawdę gdyby nie moja koleżanka, która gorąco polecała mi "Królewskiego wygnańca", być może nawet nie spojrzałabym na jego tytuł, a już najbardziej prawdopodobnie nigdy bym go nie wzięła do ręki. 
Jednakże doszłam do wniosku, że jeżeli ktoś z Was jeszcze nie wie o Fionie McIntosh, to powinien się jak najszybciej dowiedzieć. Bo czego recenzent książkowy nie pragnie bardziej, niż kolejnej przynoszącej wiele radości powieści? 
Pierwsze, co muszę powiedzieć: oryginalność. Dobrze wiecie, jak wysoko cenię sobie autorów, którzy w swoich książkach pokuszą się na odrobinę wyzwolenia od schematów i chyba nikomu nie jest obca moja nieustannie podsycana nienawiść do sztamp i powtarzalności. Tego się bałam, wkraczając w świat "Królewskiego wygnańca" - opis stwarzał wrażenie zupełnie innej historii, niż naprawdę została przedstawiona na kartach tej powieści i byłam mile zaskoczona widząc, na jaką intrygującą opowieść zdecydowała się Fiona McIntosh. Działo się tu dosłownie wszystko; zdrada, morderstwa, ucieczki i walka, mroczne sekrety i misternie splecione intrygi, a wszystko w murach z pozoru bajkowego zamku. Autorka w niesamowity sposób wciągnęła czytelnika w swój świat i choć z początku "wbicie" się w fabułę stwarzało mi duże problemy, potem poznawanie historii młodego księcia szło jak z płatka. Nie powiem, że rzadko udało się jej mnie zaskoczyć jakimś ogromnym zwrotem akcji; jednak to nie umniejsza faktu, że opowieść o Leonelu i jego państwie ogromnie mi się podobała. 
Kolejna rzecz: styl pisania. Tutaj akurat ciężko mi cokolwiek powiedzieć, gdyż był on prosty (czasami aż za prosty) i niezbyt bogaty, z przykrością muszę też stwierdzić, że na początku czytało mi się opornie i dosyć wolno. Wspominałam już, że wciągnięcie się w historię zajęło mi trochę czasu; rzeczywiście, pierwsze sto, a nawet sto pięćdziesiąt stron było istną torturą, dopiero potem przyzwyczaiłam się do niej i zaczęłam odczuwać przyjemność z lektury. Wiem, że to może zrazić potencjalnych czytelników, jednak nie martwcie się - przed nami jeszcze jeden, duży plus.
A mianowicie - bohaterowie. Jak ja ich uwielbiam! Naprawdę, Fiona McIntosh poważnie postarała się z ich wykreowaniem, pisząc w taki sposób, aby czytelnicy nie mieli najmniejszego problemu z przywiązaniem się do nich. Często narzekam na tak zwaną "jednowymiarowość" postaci w książkach, kiedy zostają oni przedstawieni tylko z najbardziej płaskiej, papierowej strony. Na szczęście, w "Królewskim wygnańcu" nie zaznamy takiego błędu - myślę, że to zasługa doświadczenia autorki (z mojej wiedzy wynika, iż swoją "przygodę" z pisaniem zaczęła ona na początku tego stulecia) i jej obeznania z procesem tworzenia interesujących bohaterów. Leonel, Gavriel, a także inne, drugoplanowe postacie praktycznie od razu zyskały u mnie zamierzony efekt - protagonistów polubiłam, a antagonistów najchętnej posłałabym jak najdalej stąd.
Gdzieś słyszałam porównanie, że Fiona McIntosh w swoim pisarskim kunszcie jest podobna do Trudi Canavan, autorki między innymi "Trylogii Czarnego Maga". Osobiście nie pokusiłabym się na takie stwierdzenie - każda z autorek wykreowała zupełnie inne uniwersum, umieszczając w nich bohaterów o odmiennych celach i pobudkach. Jeżeli miałabym być też w stu procentach szczera, uznałabym, że Canavan wykonała przy tym o wiele lepszą robotę, gdyż jej książki figurują u mnie naprawdę, naprawdę wysoko na liście ulubionych pozycji. 
Czy polecam Wam tę książkę? Oczywiście! Miała pewne, nawet dosyć poważne błędy, aczkolwiek jeżeli przymknąć na nie oko, "Królewski wygnaniec" jest bardzo dobrą książką fantasy, po którą każdy miłośnik gatunku w swoim życiu powinien sięgnąć. 

Ocena - 7/10

niedziela, 22 stycznia 2017

"Miecz lata" - Rick Riordan

Magnus Chase nie jest typem grzecznego chłopca. Od strasznej nocy przed dwoma laty, kiedy mama kazała mu uciekać, a potem zginęła, żyje samotnie na ulicach Bostonu. Przetrwał dzięki sprytowi i inteligencji, będąc zawsze o krok przed policją i kuratoriami.
Pewnego dnia Magnus dowiaduje się, że ktoś jeszcze usiłuje go znaleźć – wuj Randolph, człowiek, przed którym mama zawsze go ostrzegała. Kiedy usiłuje przechytrzyć wuja, wpada prosto w jego łapy. Randolph zaczyna mu opowiadać coś, co brzmi jak brednie o skandynawskiej historii i dziedzictwie Magnusa – zaginionej od tysięcy lat broni.
Coraz więcej elementów układanki zaczyna się jednak składać w sensowną całość. Z zakamarków pamięci Magnusa powracają powieści o bogach Asgardu, wilkach i Ragnaröku – dniu sądu. Ale Chase nie ma czasu na zastanawianie się nad tym, ponieważ świat zostaje zaatakowany przez ogniste olbrzymy i Magnus musi wybrać między własnym bezpieczeństwem a życiem wielu niewinnych ludzi.
zdjęcie i opis pochodzą ze strony lubimyczytac.pl

Ile razy mówiłam już, że z Riordanem nie za bardzo mi jest po drodze? 
Wiele.
Ile razy zaś sięgałam po jego książki w wierze, że kolejna będzie lepsza, że mi się spodoba, że dołączę do szalonego tłumu jego fanów i wraz z nimi wkręcę się w świat mitologicznych bóstw? Cóż, teraz mogę z pewnością stwierdzić, że to był mój ostatni raz. 
Tłumaczyłam Wam to już praktycznie w każdej recenzji książek jego autorstwa, lecz nie byłabym sobą, gdybym nie powtórzyła - niezmiernie nie podchodzi mi humor, jakim częstuje czytelników Rick Riordan. Czytając o tej powieści na przeróżnych portalach niedługo po premierze zostałam zewsząd zasypana "ochami" i "achami" tyczącymi się niesamowitych żartów i sarkastycznych uwag czynionych przez bohaterów... aczkolwiek żeby być z Wami szczerym, podczas lektury nawet nie zdołałam unieść kącików ust, nie mówiąc nawet o wybuchnięciu śmiechem. Sytuacje, które z założenia miały powalić mnie na łopatki swoim genialnym obrotem spraw jedynie mnie zażenowały; ironiczne teksty zmusiły do wywracania oczami; "ciekawie" wykreowane postacie wydały mi się tak nijakie, że z trudem zapamiętywałam ich imiona. Jednym słowem: nuda. Wielka nuda.
Gdyby nie znakomite nawiązania do mitologii nordyckiej, nie wróżyłabym tej powieści oceny wyższej niż dwa na dziesięć punktów, naprawdę. "Miecz lata" był moim pierwsze spotkaniem z nią i, na całe szczęście, udanym - wcześniej nie miałam okazji poznać niczego poza kilkoma najbardziej popularnymi bogami, a dzięki Rickowi Riordanowi moja wiedza w tym temacie znacząco się poszerzyła. Walhalla, dziewięć światów, Thor, Loki, walkirie i życie wojowników po śmierci; Ratatosk, Yggdrasil, Frejr i Freja; krasnoludy i elfy. Wszystkie te elementy zostały przez autora przedstawione na tyle barwnie, że natychmiast zyskiwały moją uwagę, a nawet zmusiły do podjęcia decyzji, że w przyszłości zainteresuję się mitami z tego odłamu odrobinę bardziej. Za to przyznaję Rickowi Riordanowi ogromny plus! 
Niestety, nic więcej w "Mieczu lata" mi się nie podobało. Czytałam tę książkę dobrych kilka tygodni temu i niestety niezbyt wiele już z niej pamiętam, jeśli chodzi o sam tok fabuły. Kojarzę mniej więcej imiona bohaterów i ogólny zarys akcji, ale... to nie za dużo, biorąc pod uwagę, że zazwyczaj mam doskonałą pamięć do książek i ich szczegółów. Mówiąc już o historii, perypetie bohaterów w dążeniu do odzyskania zaginionej broni, a następnie przebieg kolejnych misji strasznie mnie nużyły. Odnosiłam przy tym wrażenie, że autor na siłę próbuje wykreować opowieść oryginalną, ale posługując się środkami bardzo nieodpowiednimi do tego celu. Niektóre wydarzenia wydawały mi się wręcz dziwne - ciężko było uwierzyć w to, co dzieje się na kartach tej książki, lecz raczej nie dobrym sensie tego stwierdzenia.
Co powiem o bohaterach? Otóż to, jestem zawiedziona. Magnus Chase, który z założenia miał sprawiać wrażenie chłopaka sarkastycznego i łatwego do polubienia, wydawał mi się niezmiernie blady i powtarzalny. Ile ostatnimi czasy mamy w powieściach młodzieżowych postaci sypiących ironicznymi komentarzami i na każdym kroku okazujących, jak to świat nie jest dla nich obojętny i nudny? Kolejni irytujący bohaterowie to Blitzen i Hearthstone, czyli krasnolud i elf... których przez pierwszą połowę książki ledwo rozróżniałam. Tak naprawdę jedyną osobą wartą uwagi okazała się Samira, lecz tylko przez problem, jaki poprzez jej życie codzienne poruszył Rick Riordan - dziewczyna, jako wyznawczyni innej wiary, szerzyła ideę tolerancji religijnej i myślę, że dla młodszych czytelników jej postać pozytywnie wpłynie na postrzeganie świata wokół nas. 
Podsumowując, nie polecam Wam tej powieści. Mimo że znalazły się w niej aspekty, które naprawdę polubiłam, większość okazała się bardzo przeciętna i uważam, że bez problemu moglibyśmy się obejść bez jej lektury. Jednakże jeżeli jesteście zagorzałymi fanami Riordana i bardzo lubicie sposób, w jaki tworzy swoje książki - droga wolna! 

Ocena - 5/10 

środa, 18 stycznia 2017

"Tell Me Three Things" - Julie Buxbaum

Coś z Jessie musi być nie tak - a przynajmniej do takiego wniosku dochodzi dziewczyna po spędzeniu pierwszego tygodnia w nowej, supernowoczesnej szkole w Los Angeles. I w tym samym momencie, kiedy jedynym rozwiązaniem zdaje się być ucieczka z powrotem do rodzinnego Chicago, pojawia się tajemniczy mail, a wraz z nim jego intrygujący autor, podpisujący się jako Somebody Nobody. 
Minęły prawie dwa lata od śmierci matki dziewczyny, a ponieważ jej ojciec postanowił ożenić się z kobietą poznaną w sieci, Jessie została zmuszona do przeprowadzenia się na drugi koniec kraju i zamieszkania wraz z nią oraz jej aroganckim synem. W akcie rozpaczy i zagubienia dziewczyna postanawia zaufać autorowi tajemniczej wiadomości. Czy pozna jego tożsamość? 

Czuję, że od pewnego czasu blogosfera tkwi w bardzo błędnym przekonaniu: aby uznać książkę za naprawdę "zaskakującą", musi ona zmienić Twoje życie. Nieważne, w jaki sposób - lecz po jej przeczytaniu przekonania czytelnika powinny obrócić się o trzysta sześćdziesiąt stopni i otworzyć mu oczy na świat. Na inny, o wiele lepszy i pełen wartości świat, który przed lekturą był poza zasięgiem ich wzroku.
Otóż powieść, którą Wam zaraz przedstawię, nie zrobiła nic w tym rodzaju. Wręcz przeciwnie, posiada ona wiele wad; może niezbyt rzucających się w oczy i w gruncie rzeczy mogłam je pomijać przy pisaniu tej recenzji, ale jednak daleko jej do ideału. Nie jest perfekcyjna w żadnym, nawet najmniejszym stopniu. Prawdopodobnie wielu z Was, wiedzionych pozorami, porzuciłoby tę książkę zaraz po przeczytaniu opisu.
Aczkolwiek "Tell Me Three Things" przemówiło do mnie w sposób, którego nie da się opisać słowami. I z dumą nazywam je pozycją czysto dziesięciogwiazdkową, gdyż ufam, że i Was zaczaruje swoją porywającą historią.
Nienawidzę schematycznych powieści. Bywa tak, że nawet oryginalna i ciekawa książka może zostać na dobre przeze mnie przekreślona, jeżeli natrafię w niej na oczywisty stereotyp; szczerze nie cierpię powtarzalności i za każdym razem, gdy odkrywam w powieści podobieństwo do innej, potrafię bardzo szybko rzucić ją w kąt. Dlatego też sam fakt, że sięgnęłam po "Tell Me Three Things" powinien być dla Was zaskakujący: będąc na bieżąco z recenzjami tejże pozycji na portalu Goodreads, jej nieoryginalność nie stanowiła żadnej tajemnicy. A jednak.
Los Angeles. Szkoła pełna bogatych, rozpuszczonych dzieciaków, dla których kupno najnowszego iPhone'a jest tak samo proste i łatwe jak poranne spacery po bułki na śniadanie. Dwie najładniejsze dziewczyny, poniżające wszystkich, którzy się napatoczą i traktujące świat dookoła jako ich własny wybieg na pokazie mody. Lejący się z nieba żar i wiecznie błękitne niebo, wschodzące i zachodzące jeszcze bardziej malowniczo z okien nowoczesnych rezydencji. I w tym wszystkim - Jessie Holmes. Nowa uczennica w szkole, do której nie pasuje i gdzie wszyscy traktują ją z chłodną wyższością. Niespodziewana lokatorka w domu swojej macochy, przypominającym bardziej więzienie niż prawdziwą rodzinną ostoję. 
Julie Buxbaum wykreowała postać dziewczyny w tak niesamowity sposób, że prawie każdy z nas może się z nią w łatwy sposób utożsamić - przeżywa takie same problemy i miewa identyczne wątpliwości jak my, chociaż żyje w zupełnie innych realiach. Nie jest zwyczajową, narzekającą na wszystko bohaterką, która przejmuje się błahostkami i płacze o byle co, nie widząc głębszego sensu problemu. Wręcz przeciwnie, dąży do swoich celów i choć ma chwile załamania, jak każdy z nas, jest w stanie zrobić wszystko, by wyjść z życiowego dołka.
Opowiadając o tej książce, nie da się nie wspomnieć także o SN (Somebody Nobody), który od pierwszego tygodnia szkoły zasypywał Jessie anonimowymi wiadomościami oferującymi pomoc i wskazówki przetrwania w Wood Valley High. Nie wiem, czy miał on być główną "tajemnicą" "Tell Me Three Things" (w każdym razie ja miałam niezłą frajdę podczas rozszyfrowywania jego tożsamości), ale nie powiem, bym go nie polubiła; naprawdę przypadła mi do gustu jego troska o dziewczynę i więź, jaka rozwinęła się między nimi na przestrzeni ich znajomości. Za każdym razem, kiedy widziałam zbliżające się fragmenty z nim w roli głównej, nie mogłam się powstrzymać od szczerego uśmiechu.
Jednak co było w tej książce tak dobrego, że zasłużyła aż na dziesięć gwiazdek? Otóż to: historia. Dawno nie czytałam żadnej powieści, która byłaby zarazem tak wciągająca, a jednocześnie świetnie napisana. Mimo że fabuła nie grzeszyła zbytnią oryginalnością, czasem aż wręcz przeciwnie, nie mam jej naprawdę nic do zarzucenia; wszystkie elementy składały się w spójną całość, zgrabnie unikając zgrzytów pod każdym, nawet najmniejszym aspektem. Historia Jessie raz po raz wzruszała mnie, rozbawiała, zmuszała do szybszego przewracania stron i niecierpliwego oczekiwania na kolejne, coraz to bardziej emocjonujące wydarzenia. Przyznaję - dawno już nie czytałam tak świetnie napisanej, pełnej wrażeń, a zarazem mądrej książki. 
Czy polecam? Co za pytanie!

JEDNAK CZY KAŻDY MOŻE JĄ PRZECZYTAĆ? CZYLI COŚ O ANGIELSKIEJ GRAMATYCE 
Na szczęście - każdy, kto w pewnym sensie opanował już język angielski i chciałby spróbować swoich sił w innej dziedzinie niż robienie ćwiczeń i wkuwanie na pamięć słówek. Jeżeli uważasz się za ucznia na poziomie intermediate, to droga wolna! Myślę, że z drobną pomocą słownika i odpowiednią ilością skupienia będziecie w stanie rozkoszować się lekturą równie łatwo, jak w języku polskim.

Ocena - 10/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.goodreads.com

wtorek, 3 stycznia 2017

"Harry Potter i Przeklęte Dziecko. Część 1-2" - J. K. Rowling, John Tiffany i Jack Thorne

Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym. Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem.  Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.

"Harry Potter" to moje dzieciństwo.
Aby być z Wami szczerym, w pewnym sensie to właśnie J. K. Rowling możecie zawdzięczać powstanie tego bloga. Dzięki niej, a raczej jej serii, rozpoczęła się moja czytelnicza przygoda; to właśnie w jej trakcie nauczyłam się, ile rozrywki potrafią przynieść książki i jak wielką przyjemność sprawia mi poznawanie i odkrywanie każdego ich szczegółu. Mimo że od chwili, kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po "Harry'ego Pottera i kamień filozoficzny" minęło dobrych parę lat, wciąż odczuwam emocje po jej przeczytaniu tak mocno, jakby zdarzyło się to dosłownie wczoraj.
Od dziecka twierdziłam, że Rowling jest czarodziejką słów. 
Przeczytałam "Harry'ego Pottera i przeklęte dziecko" dosłownie w kilka dni po premierze. Wiedziałam, że to nie będzie to samo, co kiedyś; forma, w jakiej została przedstawiona historia, rok wydania, a nawet plotki o znikomej ingerencji pomysłodawczyni serii w samo wykonanie tego dodatku przemawiały na jego niekorzyść, pozostawiając mnie w stanie ogromnej niepewności. Wtedy jednak nie odczytałam poprawnie przekazywanych mi przez zagraniczne recenzje wskazówek. Wciąż wierzyłam, że nazwisko Rowling na okładce jest żywym dowodem na moją miłość do tej książki od pierwszej strony i natychmiastowe, niepodważalne zauroczenie historią.
Ach, żeby ktoś mi wówczas powiedział, jak bardzo się mylę...
Zawiodłam się. Już dawno, mimo pisania wielu niepochlebnych recenzji, nie powiedziałam tego wprost, starając się złagodzić daną pozycji ocenę; teraz jednak, oprócz przytłaczającego niesmaku i zawodu nie jestem w stanie wykrzesać żadnej pozytywnej emocji na temat tej książki. Przez trzy miesiące od zagranicznej premiery ani razu nie udało mi się zrozumieć, dlaczego recenzenci tak często używają zwrotu "fan fiction" w stosunku do "Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka"... lecz teraz przekonałam się o tym aż za mocno, o tym, jak bezsensowna i zagmatwana jest przedstawiona przez autorów fabuła. Usiłując sklecić opowiastkę o dzieciach Harry'ego, Rona i Hermiony, a także Malfoya, posunięto się już chyba do wszystkiego - od odkopywania przeszłości po totalnie zwariowane teorie na temat rzekomego pokrewieństwa z niektórymi bohaterami z kanonu, które miały na celu chyba tylko wzbudzenie niesmaku wśród czytelników. Próbowałam pokochać tę historię. Próbowałam zakochać się w bohaterach, zaprzyjaźnić ze Scorpiusem, odczuć magię Hogwartu na nowo, po tylu latach, kiedy marzyłam o przeczytaniu jakiejkolwiek opowieści z jego udziałem. Próbowałam. Niestety, nie udało się.
Mówiłam coś o bohaterach? Właśnie, oni. Harry, Hermiona i Draco stali się nerwowymi i spanikowanymi rodzicami, którzy w żaden sposób nie przypominają dobrze nam znanych bohaterów serii. Ron chyba nie wypowiedział w tej książce żadnego zdania, które nie robiłoby z niego totalnego idioty. Scorpius i Albus to dwójka rozpieszczonych bachorów, którzy chodzą w kółko i narzekają, jak im ciężko w szkole i jak bardzo ubolewają nad swoim pochodzeniem. A inni... nie istnieją, nawet jeśli z pozoru mówią całkiem sporo. Brak dobrego rozwinięcia postaci drugoplanowych jest tutaj tak bolesny, że aż szkoda mi cokolwiek mówić. Autorzy skupili się jedynie na dwóch/trzech postaciach, które cechują się największym poziomem głupoty, a reszta stopiła się z tłem.
Myślę, że warto w tym momencie wspomnieć o formie, z którą spotkałam się w moim życiu pierwszy raz: a mianowicie, książka jest napisana w formie scenariusza. Słyszałam, że przedstawienie fabuły "Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka" na żywo jest o wiele lepsze, niż jego papierowy pierwowzór i jestem w stanie z tym się zgodzić - myślę, że historia ta ma potencjał, jeżeli tylko ubrałoby się ją w logicznych aktorów i zabawną scenerię. Jednakże uważam, że była to moja ostatnia przygoda z takiego typu formą powieści.
Podsumowując, jestem bardzo zawiedziona tą pozycją. Uważam, że gdybym jej nie czytała, nic w moim życiu by się nie zmieniło - a przynajmniej zaoszczędziłabym kilku nieprzyjemnych dni spędzonych przy jej lekturze.

Ocena - 4/10