piątek, 27 stycznia 2017

"Królewski wygnaniec" - Fiona McIntosh

Ze wschodu nadciągnęła barbarzyńska horda prowadzona przez wodza Loethara… niczym bezlitosna plaga rozlała się po wszystkich królestwach, siejąc zniszczenie pośród tych, którzy niegdyś z niej kpili.
Do zdobycia pozostała już tylko jedna kraina. Najbogatsze i najpotężniejsze królestwo Koalicji Denova – Penraven. Władcy z rodu Valisarów stają w obliczu pewnej śmierci, tyran Loethar pożąda bowiem tego, czym władają tylko oni: legendarnego Uroku Valisarów, daru przekonywania, któremu nie można się oprzeć.
Z pomocą jednego żołnierza królewski syn – ostatnia nadzieja oblężonego miasta – umyka wrogowi. Od teraz przyszłość Penraven spoczywa na barkach tego młodego Valisara, musi on jednak przetrwać wśród bestialstwa i zdrady, by rozwikłać tajemnicę swego dziedzictwa.
opis i zdjęcie pochodzą ze strony www.lubimyczytac.pl

W zasadzie nie miałam pisać tej recenzji. 
Wiecie: książkę przeczytałam mniej więcej pół roku temu, oddałam koleżance i wkrótce potem zapomniałam, że wypadałoby ją ocenić na blogu. Ani nie była szczególnie zachwycająca; ani też nie z gatunku takich, o których wypadałoby wspomnieć, niezależnie od odczuć czytelnika; nie natchnęła mnie także wena, aby po przysłowiowym "pokonaniu" "Królewskiego wygnańca" od razu podzielić się moimi emocjami ze światem. Dlatego też ochoczo rzuciłam ten tytuł w grono nigdy nieukończonych postów roboczych i tam też został, aż do dzisiejszego dnia. 
Nigdy nie zrecenzowałam tutaj książki, która nie byłaby w jakimkolwiek sensie popularna. Jestem raczej czytelnikiem, które swoje lektury wybiera na podstawie pozytywnych recenzji - ot, widzę trzy, cztery wysokie oceny danej pozycji i jestem pewna, że dopisanie jej do mojej niekończącej się listy czytelniczej nie będzie aż tak dużym błędem. I tak naprawdę gdyby nie moja koleżanka, która gorąco polecała mi "Królewskiego wygnańca", być może nawet nie spojrzałabym na jego tytuł, a już najbardziej prawdopodobnie nigdy bym go nie wzięła do ręki. 
Jednakże doszłam do wniosku, że jeżeli ktoś z Was jeszcze nie wie o Fionie McIntosh, to powinien się jak najszybciej dowiedzieć. Bo czego recenzent książkowy nie pragnie bardziej, niż kolejnej przynoszącej wiele radości powieści? 
Pierwsze, co muszę powiedzieć: oryginalność. Dobrze wiecie, jak wysoko cenię sobie autorów, którzy w swoich książkach pokuszą się na odrobinę wyzwolenia od schematów i chyba nikomu nie jest obca moja nieustannie podsycana nienawiść do sztamp i powtarzalności. Tego się bałam, wkraczając w świat "Królewskiego wygnańca" - opis stwarzał wrażenie zupełnie innej historii, niż naprawdę została przedstawiona na kartach tej powieści i byłam mile zaskoczona widząc, na jaką intrygującą opowieść zdecydowała się Fiona McIntosh. Działo się tu dosłownie wszystko; zdrada, morderstwa, ucieczki i walka, mroczne sekrety i misternie splecione intrygi, a wszystko w murach z pozoru bajkowego zamku. Autorka w niesamowity sposób wciągnęła czytelnika w swój świat i choć z początku "wbicie" się w fabułę stwarzało mi duże problemy, potem poznawanie historii młodego księcia szło jak z płatka. Nie powiem, że rzadko udało się jej mnie zaskoczyć jakimś ogromnym zwrotem akcji; jednak to nie umniejsza faktu, że opowieść o Leonelu i jego państwie ogromnie mi się podobała. 
Kolejna rzecz: styl pisania. Tutaj akurat ciężko mi cokolwiek powiedzieć, gdyż był on prosty (czasami aż za prosty) i niezbyt bogaty, z przykrością muszę też stwierdzić, że na początku czytało mi się opornie i dosyć wolno. Wspominałam już, że wciągnięcie się w historię zajęło mi trochę czasu; rzeczywiście, pierwsze sto, a nawet sto pięćdziesiąt stron było istną torturą, dopiero potem przyzwyczaiłam się do niej i zaczęłam odczuwać przyjemność z lektury. Wiem, że to może zrazić potencjalnych czytelników, jednak nie martwcie się - przed nami jeszcze jeden, duży plus.
A mianowicie - bohaterowie. Jak ja ich uwielbiam! Naprawdę, Fiona McIntosh poważnie postarała się z ich wykreowaniem, pisząc w taki sposób, aby czytelnicy nie mieli najmniejszego problemu z przywiązaniem się do nich. Często narzekam na tak zwaną "jednowymiarowość" postaci w książkach, kiedy zostają oni przedstawieni tylko z najbardziej płaskiej, papierowej strony. Na szczęście, w "Królewskim wygnańcu" nie zaznamy takiego błędu - myślę, że to zasługa doświadczenia autorki (z mojej wiedzy wynika, iż swoją "przygodę" z pisaniem zaczęła ona na początku tego stulecia) i jej obeznania z procesem tworzenia interesujących bohaterów. Leonel, Gavriel, a także inne, drugoplanowe postacie praktycznie od razu zyskały u mnie zamierzony efekt - protagonistów polubiłam, a antagonistów najchętnej posłałabym jak najdalej stąd.
Gdzieś słyszałam porównanie, że Fiona McIntosh w swoim pisarskim kunszcie jest podobna do Trudi Canavan, autorki między innymi "Trylogii Czarnego Maga". Osobiście nie pokusiłabym się na takie stwierdzenie - każda z autorek wykreowała zupełnie inne uniwersum, umieszczając w nich bohaterów o odmiennych celach i pobudkach. Jeżeli miałabym być też w stu procentach szczera, uznałabym, że Canavan wykonała przy tym o wiele lepszą robotę, gdyż jej książki figurują u mnie naprawdę, naprawdę wysoko na liście ulubionych pozycji. 
Czy polecam Wam tę książkę? Oczywiście! Miała pewne, nawet dosyć poważne błędy, aczkolwiek jeżeli przymknąć na nie oko, "Królewski wygnaniec" jest bardzo dobrą książką fantasy, po którą każdy miłośnik gatunku w swoim życiu powinien sięgnąć. 

Ocena - 7/10

niedziela, 22 stycznia 2017

"Miecz lata" - Rick Riordan

Magnus Chase nie jest typem grzecznego chłopca. Od strasznej nocy przed dwoma laty, kiedy mama kazała mu uciekać, a potem zginęła, żyje samotnie na ulicach Bostonu. Przetrwał dzięki sprytowi i inteligencji, będąc zawsze o krok przed policją i kuratoriami.
Pewnego dnia Magnus dowiaduje się, że ktoś jeszcze usiłuje go znaleźć – wuj Randolph, człowiek, przed którym mama zawsze go ostrzegała. Kiedy usiłuje przechytrzyć wuja, wpada prosto w jego łapy. Randolph zaczyna mu opowiadać coś, co brzmi jak brednie o skandynawskiej historii i dziedzictwie Magnusa – zaginionej od tysięcy lat broni.
Coraz więcej elementów układanki zaczyna się jednak składać w sensowną całość. Z zakamarków pamięci Magnusa powracają powieści o bogach Asgardu, wilkach i Ragnaröku – dniu sądu. Ale Chase nie ma czasu na zastanawianie się nad tym, ponieważ świat zostaje zaatakowany przez ogniste olbrzymy i Magnus musi wybrać między własnym bezpieczeństwem a życiem wielu niewinnych ludzi.
zdjęcie i opis pochodzą ze strony lubimyczytac.pl

Ile razy mówiłam już, że z Riordanem nie za bardzo mi jest po drodze? 
Wiele.
Ile razy zaś sięgałam po jego książki w wierze, że kolejna będzie lepsza, że mi się spodoba, że dołączę do szalonego tłumu jego fanów i wraz z nimi wkręcę się w świat mitologicznych bóstw? Cóż, teraz mogę z pewnością stwierdzić, że to był mój ostatni raz. 
Tłumaczyłam Wam to już praktycznie w każdej recenzji książek jego autorstwa, lecz nie byłabym sobą, gdybym nie powtórzyła - niezmiernie nie podchodzi mi humor, jakim częstuje czytelników Rick Riordan. Czytając o tej powieści na przeróżnych portalach niedługo po premierze zostałam zewsząd zasypana "ochami" i "achami" tyczącymi się niesamowitych żartów i sarkastycznych uwag czynionych przez bohaterów... aczkolwiek żeby być z Wami szczerym, podczas lektury nawet nie zdołałam unieść kącików ust, nie mówiąc nawet o wybuchnięciu śmiechem. Sytuacje, które z założenia miały powalić mnie na łopatki swoim genialnym obrotem spraw jedynie mnie zażenowały; ironiczne teksty zmusiły do wywracania oczami; "ciekawie" wykreowane postacie wydały mi się tak nijakie, że z trudem zapamiętywałam ich imiona. Jednym słowem: nuda. Wielka nuda.
Gdyby nie znakomite nawiązania do mitologii nordyckiej, nie wróżyłabym tej powieści oceny wyższej niż dwa na dziesięć punktów, naprawdę. "Miecz lata" był moim pierwsze spotkaniem z nią i, na całe szczęście, udanym - wcześniej nie miałam okazji poznać niczego poza kilkoma najbardziej popularnymi bogami, a dzięki Rickowi Riordanowi moja wiedza w tym temacie znacząco się poszerzyła. Walhalla, dziewięć światów, Thor, Loki, walkirie i życie wojowników po śmierci; Ratatosk, Yggdrasil, Frejr i Freja; krasnoludy i elfy. Wszystkie te elementy zostały przez autora przedstawione na tyle barwnie, że natychmiast zyskiwały moją uwagę, a nawet zmusiły do podjęcia decyzji, że w przyszłości zainteresuję się mitami z tego odłamu odrobinę bardziej. Za to przyznaję Rickowi Riordanowi ogromny plus! 
Niestety, nic więcej w "Mieczu lata" mi się nie podobało. Czytałam tę książkę dobrych kilka tygodni temu i niestety niezbyt wiele już z niej pamiętam, jeśli chodzi o sam tok fabuły. Kojarzę mniej więcej imiona bohaterów i ogólny zarys akcji, ale... to nie za dużo, biorąc pod uwagę, że zazwyczaj mam doskonałą pamięć do książek i ich szczegółów. Mówiąc już o historii, perypetie bohaterów w dążeniu do odzyskania zaginionej broni, a następnie przebieg kolejnych misji strasznie mnie nużyły. Odnosiłam przy tym wrażenie, że autor na siłę próbuje wykreować opowieść oryginalną, ale posługując się środkami bardzo nieodpowiednimi do tego celu. Niektóre wydarzenia wydawały mi się wręcz dziwne - ciężko było uwierzyć w to, co dzieje się na kartach tej książki, lecz raczej nie dobrym sensie tego stwierdzenia.
Co powiem o bohaterach? Otóż to, jestem zawiedziona. Magnus Chase, który z założenia miał sprawiać wrażenie chłopaka sarkastycznego i łatwego do polubienia, wydawał mi się niezmiernie blady i powtarzalny. Ile ostatnimi czasy mamy w powieściach młodzieżowych postaci sypiących ironicznymi komentarzami i na każdym kroku okazujących, jak to świat nie jest dla nich obojętny i nudny? Kolejni irytujący bohaterowie to Blitzen i Hearthstone, czyli krasnolud i elf... których przez pierwszą połowę książki ledwo rozróżniałam. Tak naprawdę jedyną osobą wartą uwagi okazała się Samira, lecz tylko przez problem, jaki poprzez jej życie codzienne poruszył Rick Riordan - dziewczyna, jako wyznawczyni innej wiary, szerzyła ideę tolerancji religijnej i myślę, że dla młodszych czytelników jej postać pozytywnie wpłynie na postrzeganie świata wokół nas. 
Podsumowując, nie polecam Wam tej powieści. Mimo że znalazły się w niej aspekty, które naprawdę polubiłam, większość okazała się bardzo przeciętna i uważam, że bez problemu moglibyśmy się obejść bez jej lektury. Jednakże jeżeli jesteście zagorzałymi fanami Riordana i bardzo lubicie sposób, w jaki tworzy swoje książki - droga wolna! 

Ocena - 5/10 

środa, 18 stycznia 2017

"Tell Me Three Things" - Julie Buxbaum

Coś z Jessie musi być nie tak - a przynajmniej do takiego wniosku dochodzi dziewczyna po spędzeniu pierwszego tygodnia w nowej, supernowoczesnej szkole w Los Angeles. I w tym samym momencie, kiedy jedynym rozwiązaniem zdaje się być ucieczka z powrotem do rodzinnego Chicago, pojawia się tajemniczy mail, a wraz z nim jego intrygujący autor, podpisujący się jako Somebody Nobody. 
Minęły prawie dwa lata od śmierci matki dziewczyny, a ponieważ jej ojciec postanowił ożenić się z kobietą poznaną w sieci, Jessie została zmuszona do przeprowadzenia się na drugi koniec kraju i zamieszkania wraz z nią oraz jej aroganckim synem. W akcie rozpaczy i zagubienia dziewczyna postanawia zaufać autorowi tajemniczej wiadomości. Czy pozna jego tożsamość? 

Czuję, że od pewnego czasu blogosfera tkwi w bardzo błędnym przekonaniu: aby uznać książkę za naprawdę "zaskakującą", musi ona zmienić Twoje życie. Nieważne, w jaki sposób - lecz po jej przeczytaniu przekonania czytelnika powinny obrócić się o trzysta sześćdziesiąt stopni i otworzyć mu oczy na świat. Na inny, o wiele lepszy i pełen wartości świat, który przed lekturą był poza zasięgiem ich wzroku.
Otóż powieść, którą Wam zaraz przedstawię, nie zrobiła nic w tym rodzaju. Wręcz przeciwnie, posiada ona wiele wad; może niezbyt rzucających się w oczy i w gruncie rzeczy mogłam je pomijać przy pisaniu tej recenzji, ale jednak daleko jej do ideału. Nie jest perfekcyjna w żadnym, nawet najmniejszym stopniu. Prawdopodobnie wielu z Was, wiedzionych pozorami, porzuciłoby tę książkę zaraz po przeczytaniu opisu.
Aczkolwiek "Tell Me Three Things" przemówiło do mnie w sposób, którego nie da się opisać słowami. I z dumą nazywam je pozycją czysto dziesięciogwiazdkową, gdyż ufam, że i Was zaczaruje swoją porywającą historią.
Nienawidzę schematycznych powieści. Bywa tak, że nawet oryginalna i ciekawa książka może zostać na dobre przeze mnie przekreślona, jeżeli natrafię w niej na oczywisty stereotyp; szczerze nie cierpię powtarzalności i za każdym razem, gdy odkrywam w powieści podobieństwo do innej, potrafię bardzo szybko rzucić ją w kąt. Dlatego też sam fakt, że sięgnęłam po "Tell Me Three Things" powinien być dla Was zaskakujący: będąc na bieżąco z recenzjami tejże pozycji na portalu Goodreads, jej nieoryginalność nie stanowiła żadnej tajemnicy. A jednak.
Los Angeles. Szkoła pełna bogatych, rozpuszczonych dzieciaków, dla których kupno najnowszego iPhone'a jest tak samo proste i łatwe jak poranne spacery po bułki na śniadanie. Dwie najładniejsze dziewczyny, poniżające wszystkich, którzy się napatoczą i traktujące świat dookoła jako ich własny wybieg na pokazie mody. Lejący się z nieba żar i wiecznie błękitne niebo, wschodzące i zachodzące jeszcze bardziej malowniczo z okien nowoczesnych rezydencji. I w tym wszystkim - Jessie Holmes. Nowa uczennica w szkole, do której nie pasuje i gdzie wszyscy traktują ją z chłodną wyższością. Niespodziewana lokatorka w domu swojej macochy, przypominającym bardziej więzienie niż prawdziwą rodzinną ostoję. 
Julie Buxbaum wykreowała postać dziewczyny w tak niesamowity sposób, że prawie każdy z nas może się z nią w łatwy sposób utożsamić - przeżywa takie same problemy i miewa identyczne wątpliwości jak my, chociaż żyje w zupełnie innych realiach. Nie jest zwyczajową, narzekającą na wszystko bohaterką, która przejmuje się błahostkami i płacze o byle co, nie widząc głębszego sensu problemu. Wręcz przeciwnie, dąży do swoich celów i choć ma chwile załamania, jak każdy z nas, jest w stanie zrobić wszystko, by wyjść z życiowego dołka.
Opowiadając o tej książce, nie da się nie wspomnieć także o SN (Somebody Nobody), który od pierwszego tygodnia szkoły zasypywał Jessie anonimowymi wiadomościami oferującymi pomoc i wskazówki przetrwania w Wood Valley High. Nie wiem, czy miał on być główną "tajemnicą" "Tell Me Three Things" (w każdym razie ja miałam niezłą frajdę podczas rozszyfrowywania jego tożsamości), ale nie powiem, bym go nie polubiła; naprawdę przypadła mi do gustu jego troska o dziewczynę i więź, jaka rozwinęła się między nimi na przestrzeni ich znajomości. Za każdym razem, kiedy widziałam zbliżające się fragmenty z nim w roli głównej, nie mogłam się powstrzymać od szczerego uśmiechu.
Jednak co było w tej książce tak dobrego, że zasłużyła aż na dziesięć gwiazdek? Otóż to: historia. Dawno nie czytałam żadnej powieści, która byłaby zarazem tak wciągająca, a jednocześnie świetnie napisana. Mimo że fabuła nie grzeszyła zbytnią oryginalnością, czasem aż wręcz przeciwnie, nie mam jej naprawdę nic do zarzucenia; wszystkie elementy składały się w spójną całość, zgrabnie unikając zgrzytów pod każdym, nawet najmniejszym aspektem. Historia Jessie raz po raz wzruszała mnie, rozbawiała, zmuszała do szybszego przewracania stron i niecierpliwego oczekiwania na kolejne, coraz to bardziej emocjonujące wydarzenia. Przyznaję - dawno już nie czytałam tak świetnie napisanej, pełnej wrażeń, a zarazem mądrej książki. 
Czy polecam? Co za pytanie!

JEDNAK CZY KAŻDY MOŻE JĄ PRZECZYTAĆ? CZYLI COŚ O ANGIELSKIEJ GRAMATYCE 
Na szczęście - każdy, kto w pewnym sensie opanował już język angielski i chciałby spróbować swoich sił w innej dziedzinie niż robienie ćwiczeń i wkuwanie na pamięć słówek. Jeżeli uważasz się za ucznia na poziomie intermediate, to droga wolna! Myślę, że z drobną pomocą słownika i odpowiednią ilością skupienia będziecie w stanie rozkoszować się lekturą równie łatwo, jak w języku polskim.

Ocena - 10/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.goodreads.com

wtorek, 3 stycznia 2017

"Harry Potter i Przeklęte Dziecko. Część 1-2" - J. K. Rowling, John Tiffany i Jack Thorne

Harry Potter nigdy nie miał łatwego życia, a tym bardziej teraz, gdy jest przepracowanym urzędnikiem Ministerstwa Magii, mężem oraz ojcem trójki dzieci w wieku szkolnym. Podczas gdy Harry zmaga się z natrętnie powracającymi widmami przeszłości, jego najmłodszy syn Albus musi zmierzyć się z rodzinnym dziedzictwem, które nigdy nie było jego własnym wyborem.  Gdy przyszłość zaczyna złowróżbnie przypominać przeszłość, ojciec i syn muszą stawić czoło niewygodnej prawdzie: że ciemność nadchodzi czasem z zupełnie niespodziewanej strony.

"Harry Potter" to moje dzieciństwo.
Aby być z Wami szczerym, w pewnym sensie to właśnie J. K. Rowling możecie zawdzięczać powstanie tego bloga. Dzięki niej, a raczej jej serii, rozpoczęła się moja czytelnicza przygoda; to właśnie w jej trakcie nauczyłam się, ile rozrywki potrafią przynieść książki i jak wielką przyjemność sprawia mi poznawanie i odkrywanie każdego ich szczegółu. Mimo że od chwili, kiedy po raz pierwszy sięgnęłam po "Harry'ego Pottera i kamień filozoficzny" minęło dobrych parę lat, wciąż odczuwam emocje po jej przeczytaniu tak mocno, jakby zdarzyło się to dosłownie wczoraj.
Od dziecka twierdziłam, że Rowling jest czarodziejką słów. 
Przeczytałam "Harry'ego Pottera i przeklęte dziecko" dosłownie w kilka dni po premierze. Wiedziałam, że to nie będzie to samo, co kiedyś; forma, w jakiej została przedstawiona historia, rok wydania, a nawet plotki o znikomej ingerencji pomysłodawczyni serii w samo wykonanie tego dodatku przemawiały na jego niekorzyść, pozostawiając mnie w stanie ogromnej niepewności. Wtedy jednak nie odczytałam poprawnie przekazywanych mi przez zagraniczne recenzje wskazówek. Wciąż wierzyłam, że nazwisko Rowling na okładce jest żywym dowodem na moją miłość do tej książki od pierwszej strony i natychmiastowe, niepodważalne zauroczenie historią.
Ach, żeby ktoś mi wówczas powiedział, jak bardzo się mylę...
Zawiodłam się. Już dawno, mimo pisania wielu niepochlebnych recenzji, nie powiedziałam tego wprost, starając się złagodzić daną pozycji ocenę; teraz jednak, oprócz przytłaczającego niesmaku i zawodu nie jestem w stanie wykrzesać żadnej pozytywnej emocji na temat tej książki. Przez trzy miesiące od zagranicznej premiery ani razu nie udało mi się zrozumieć, dlaczego recenzenci tak często używają zwrotu "fan fiction" w stosunku do "Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka"... lecz teraz przekonałam się o tym aż za mocno, o tym, jak bezsensowna i zagmatwana jest przedstawiona przez autorów fabuła. Usiłując sklecić opowiastkę o dzieciach Harry'ego, Rona i Hermiony, a także Malfoya, posunięto się już chyba do wszystkiego - od odkopywania przeszłości po totalnie zwariowane teorie na temat rzekomego pokrewieństwa z niektórymi bohaterami z kanonu, które miały na celu chyba tylko wzbudzenie niesmaku wśród czytelników. Próbowałam pokochać tę historię. Próbowałam zakochać się w bohaterach, zaprzyjaźnić ze Scorpiusem, odczuć magię Hogwartu na nowo, po tylu latach, kiedy marzyłam o przeczytaniu jakiejkolwiek opowieści z jego udziałem. Próbowałam. Niestety, nie udało się.
Mówiłam coś o bohaterach? Właśnie, oni. Harry, Hermiona i Draco stali się nerwowymi i spanikowanymi rodzicami, którzy w żaden sposób nie przypominają dobrze nam znanych bohaterów serii. Ron chyba nie wypowiedział w tej książce żadnego zdania, które nie robiłoby z niego totalnego idioty. Scorpius i Albus to dwójka rozpieszczonych bachorów, którzy chodzą w kółko i narzekają, jak im ciężko w szkole i jak bardzo ubolewają nad swoim pochodzeniem. A inni... nie istnieją, nawet jeśli z pozoru mówią całkiem sporo. Brak dobrego rozwinięcia postaci drugoplanowych jest tutaj tak bolesny, że aż szkoda mi cokolwiek mówić. Autorzy skupili się jedynie na dwóch/trzech postaciach, które cechują się największym poziomem głupoty, a reszta stopiła się z tłem.
Myślę, że warto w tym momencie wspomnieć o formie, z którą spotkałam się w moim życiu pierwszy raz: a mianowicie, książka jest napisana w formie scenariusza. Słyszałam, że przedstawienie fabuły "Harry'ego Pottera i przeklętego dziecka" na żywo jest o wiele lepsze, niż jego papierowy pierwowzór i jestem w stanie z tym się zgodzić - myślę, że historia ta ma potencjał, jeżeli tylko ubrałoby się ją w logicznych aktorów i zabawną scenerię. Jednakże uważam, że była to moja ostatnia przygoda z takiego typu formą powieści.
Podsumowując, jestem bardzo zawiedziona tą pozycją. Uważam, że gdybym jej nie czytała, nic w moim życiu by się nie zmieniło - a przynajmniej zaoszczędziłabym kilku nieprzyjemnych dni spędzonych przy jej lekturze.

Ocena - 4/10 

piątek, 30 grudnia 2016

"Księga wyzwań Dasha i Lily" - Rachel Cohn i David Levithan

Pełna wdzięku romantyczna historia z książkami, przedświąteczną gorączką i bożonarodzeniowym Nowym Jorkiem w tle.
„W środku znajdziesz wskazówki. Jeśli chcesz je poznać, przewróć stronę. Jeśli nie – proszę, odłóż notatnik na półkę”.
Zainspirowana przez szczęśliwie zakochanego brata, szesnastoletnia Lily zostawia czerwony notatnik pełen wyzwań na ulubionej półce w swojej ulubionej księgarni. Notes czeka na odpowiedniego chłopaka, który odważy się podjąć grę. Ciekawski, ironiczny, lekko cyniczny Dash nie boi się zagadek - księga wyzwań staje się dla niego tak potrzebną odskocznią od codzienności. Dash i Lily urządzają podchody na wielką skalę – szukają notesu (i siebie) po całym Manhattanie. Podczas gry zaczyna rodzić się uczucie. Tylko czy na żywo zrobią na sobie równie dobre wrażenie, co na papierze? To spotkanie może okazać się największym wyzwaniem!
zdjęcie i opis pochodzi ze strony www.empik.com

Uwielbiam święta Bożego Narodzenia. 
Kiedyś wierzyłam, że ludzi dzieli się na dwa typy: tych, którzy w grudniu myślą tylko o niepotrzebnych wydatkach związanych z kupowaniem prezentów i tych, którzy cały ten miesiąc przechodzą w świątecznym swetrze, nieustannie nucąc pod nosem "All I Want for Christmas Is You" i marząc o spotkaniu z rodziną przy wigilijnym stole. Nie ukrywam, że zawsze należałam do tej drugiej grupy. Jestem osobą, która już z końcem listopada wrzuca w słuchawkach specjalną bożonarodzeniową playlistę, zamartwia się niekończącymi zakupami i planuje, w jaki sposób ustawić choinkę, aby wyeksponować świeżo kupione niebieskie światełka. Można by powiedzieć, że w grudniu staram się być inną osobą; pozwalam, aby szeroko pojęta "magia świąt" objęła także moje najbliższe otoczenie i często zrzucam wtedy skórę wiecznie zirytowanej i niezadowolonej.
W tym roku postanowiłam, że jeżeli ten miesiąc i tak upływa pod hasłem Bożego Narodzenia, spróbuję, jak nigdy dotąd, poszukać jakiejś ciekawej młodzieżówki wpisującej się w te klimaty.  
"Księga wyzwań Dasha i Lily" miała być pierwszą. Jednak czy przypomniała mi ona, dlaczego tak bardzo kocham święta?
Jeżeli miałabym zawrzeć fabułę w kilku słowach, opisałabym ją jako zaskakująco nietypową. Długo zastanawiałam się, czy dzielić się tymi przemyśleniami w recenzji; w końcu, jako wymagająca czytelniczka, z założenia powinnam poszukiwać historii oryginalnych i opowiedzianych inaczej niż wszystkie inne, prawda? Jednak chyba po raz pierwszy muszę powiedzieć, że autorzy leciutko za bardzo puścili wodze wyobraźni i w konsekwencji wyszło, co wyszło. Opowieść Dasha i Lily była po prostu... nierealistyczna. I choć książki właśnie po to są, żeby oderwać nas od nudnej, szarej rzeczywistości, sposób, w jaki ujęli to Cohn i Levithan najzwyczajniej w świecie do mnie nie przemówił. Owszem, z początku czułam się zaintrygowana "księgą wyzwań" w postaci czerwonego notatnika, jaki przekazywali sobie nieznajomi wraz z kolejnymi zadaniami - jednak im dalej w las, tym wyżej unosiłam brwi na wieść o kolejnym niespodziewanym wydarzeniu. Uważam, że przesłanie, jakie mieli autorzy można by w równie dobry sposób ująć w zgoła innej historii, unikając przy tym wielu widocznych zgrzytów.
Bohaterowie, cóż by tu mówić, bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Co prawda, to prawda - byli zbytnio refleksyjni na swój wiek, a moje pierwsze odczucia w stosunku do nich można porównać z tymi do postaci Johna Greena, ale przy tym ciężko było ich nie polubić i nie przywiązać w czasie trwania tej bożonarodzeniowej opowieści. Spodobało mi się, w jaki sposób autorzy połączyli dwie odrębne osobowości, różniące się od siebie tak wieloma aspektami. Lily, uwielbiająca święta i wszystko co z nimi związane i Dash, który najchętniej by ich w ogóle nie obchodził - razem stworzyli naprawdę interesującą parę, której spotkaniu kibicowałam z każdą stroną coraz bardziej.
Czy oceniam tę książkę pozytywnie? Tak. Była idealna na świąteczny czas, kiedy, zabiegani pomiędzy jednym sklepem a lepieniem pierogów, nie mamy wolnej chwili na coś poważniejszego. Myślę, że każdy z nas potrzebuje czasami czegoś na oderwanie się od rzeczywistości - a książka Cohn i Levithana jest do tego celu chyba najlepsza.

Ocena - 6/10