wtorek, 25 lipca 2017

"Córka zjadaczki grzechów" - Melinda Salisbury

17-letnia Twylla żyje w pałacu. Ale chociaż jest zaręczona z księciem, dziewczyna nie jest zwykłym mieszkańcem dworu. Jest katem.
Będąc wcieleniem bogini, Twylla zabija swoim dotykiem. Każdego miesiąca jest zabierana do więzienia i kładąc rękę na skazańcu, wykonuje egzekucję. Nawet książę, którego królewska krew chroni przed skutkami dotyku Twylli, unika jej.
Jednak na dworze pojawia się nowy strażnik – chłopak, który pod uśmiechem ukrywa śmierć. Tylko on, w przeciwieństwie do innych, widzi w Twylli po prostu dziewczynę, nie tylko kata i boginię. Jednak Twylla została przyrzeczona księciu i zdaje sobie sprawę, co czeka tego, kto sprzeciwi się królowej.
Ale zdrada to ostatni problem Twylli. Królowa planuje zniszczyć swoich wrogów. To plan, który wymaga ogromnego poświęcenia. Czy Twylla wykona przeznaczone jej zadanie, by ochronić królestwo?  



Panie i panowie - oto Córka zjadaczki grzechów.
Czyli, w krótkich słowach: jak na zawsze zrazić się do powieści młodzieżowych.

Nikt nie zapomina ludzi, którzy go kochali. Bez względu na wiek i upływ czasu, zawsze pamiętamy, że byliśmy kochani.

Zabijanie dotykiem? Dziewczyna, niby zaręczona z księciem, żyjąca w pałacu i posiadająca wszelkie dobra doczesnego świata, a jednak obdarzona straszliwym brzemieniem, utrudniającym jej życie od wielu lat? Unikana przez ludzi z jej otoczenia, wyszydzana, uznawana za istotę nie z tego świata, która nie powinna istnieć? I ktoś nowy w jej życiu, ktoś, kto nareszcie ją rozumie, kto dostrzega, że nie ma w niej nic nadzwyczajnego, ktoś, kto widzi w niej po prostu dziewczynę?
A, i jeszcze zdrada. Plan, który wymaga ogromnego poświęcenia. Nieudolna próba zrobienia z tej książki czegoś, co zwróciłoby uwagę czytelnika choćby na moment.
Brzmi znajomo?
Niewątpliwie. Gdyż Córka zjadaczki grzechów nie jest niczym innym, niż tym, co już dobrze w literaturze znamy... i z pewnością nie kochamy.

Nauczyłam się, że bycie samą bardzo różni się od bycia samotną. Żyłam niegdyś pośród ludzi i byłam bardzo samotna, a teraz jestem sama i nigdy wcześniej nie byłam bardziej zadowolona z życia. 

Schematy, schematy, schematy. Zaryzykuję stwierdzenie, że Córka zjadaczki grzechów nie posiada w sobie niczego oryginalnego - cała jej fabuła, porażające zwroty akcji, bohaterowie i ich problemy... to wszystko już było, i to nie raz, lecz praktycznie w każdej wydanej na polskim rynku powieści młodzieżowej. Książka Melindy Salisbury była najzwyczajniej w świecie nudna i potwornie, potwornie przewidywalna - największej zagadki, która miała zwalić czytelników z nóg, domyśliłam się na długo przed tym, jak została ujawniona. Sam przebieg akcji zresztą pozostawia sobą wiele do życzenia. Patrząc z perspektywy czasu (od przeczytania przeze mnie Córki zjadaczki grzechów minęło już prawie półtora tygodnia) stwierdzam, że jakiej takiej fabuły w zasadzie tutaj nie zaznamy - autorka opowiedziała nam łzawą historię o zabójczej dziewczynie i podupadłym królestwie, zaprezentowała sztampową walkę dobra ze złem, szybko zapobiegła powstaniu jakichkolwiek niedopowiedzeń w wątkach pobocznych (których po prostu nie było) i zakończyła książkę w najbardziej przewidywalny sposób, w jaki tylko można było to zrobić. 
Brawo, pani Salisbury. Bardziej zmarnować mojego czasu chyba się nie dało. 

[Ludzie] widzą jastrzębia i myślą sobie, że przyjemnie byłoby umieć latać. Ale gołębie i wróble też potrafią latać, a jakoś nikt nie wyobraża sobie siebie jako wróbla. Nikt nie chce być wróblem.
Nie przesadzę, jeśli powiem, że przez pierwszą połowę książki Twylla mogłaby równie dobrze być nie tyle śmiertelnie niebezpiecznym wcieleniem bogini Daunen, ile zwyczajną wycieraczką do butów, która niby spełnia ważną rolę, a jednocześnie przez nikogo niezauważaną. Dziewczyna po prostu... nie istniała. Mimo że w myślach nieustannie przeklinała fakt, że musi wykonywać każdy rozkaz królewskiej pary i rozwodziła się, jakby to nie chciała się im sprzeciwić, to nie próbowała zrobić kompletnie nic, aby choć odrobinę poprawić swój los - na próżno szukać u niej choćby odrobiny własnego zdania oraz asertywności, była też na każde zawołanie swoich ciemiężców i spełniała ich każde, nawet najbardziej bezsensowne rozkazy. Dopiero, kiedy Twylla napotkała Liefa - kolejną idealną, wyzbytą jakichkolwiek wad wycieraczkę - doszła do wniosku, że jej buntownicza natura powinna wyjść na jaw, a ona sama wreszcie stanie się kowalem własnego losu. I to jest błąd, kardynalny, potworny błąd - Melinda Salisbury pokazała swoim czytelnikom, że to, w jaki sposób zmieni się nasze życie, w głównej mierze zależy od kogoś innego; że jeżeli natkniemy się na kogoś, z kim znajdziemy wspólny język, dopiero on uratuje nas z dawnego, nudnego życia i tchnie w nie odrobinę szczęścia. Że sami nie jesteśmy w stanie nic zmienić.
Co, jak wszyscy, mam nadzieję, dobrze wiemy, jest wierutną bzdurą. 
W całym tym zamieszanu znalazła się jednak jedna postać, która zyskała sobie moją sympatię  - a mianowicie książę Merek, który, choć pojawiał się nieczęsto, wykazał się odrobinę większą inteligencją, niż cała reszta mieszkańców pałacu razem wzięta. Myślę, że to właśnie on miał na myśli jedynie dobro Twylli i pragnął, by jej życie się zmieniło - jednak nie kierując nią na każdym kroku, tylko dając jej wolność wyboru, to, czego dziewczynie brakowało przez cały swój okres życia w pałacu. Dlatego też, z powodu jego szczerych intencji i charakteru, którego nie dało się nie polubić, zakończenie książki bardzo mnie rozczarowało

Matka nauczyła mnie, że mężczyzna powinien zawsze składać przeprosiny na piśmie, by dama miała pewność, że się z nich nie wycofa.
Nie wiem, co sądzić o tej książce; jestem jednak pewna, że po żadne dzieło Melindy Salisbury nigdy więcej już nie sięgnę.  Jedyne, co mogę autorce przyznać to to, iż jej powieść czyta się bardzo łatwo i dosyć szybko - styl pisania autorki nie przeszkadzał mi w przyswajaniu jakże interesującej fabuły, więc tak naprawdę nie mogę się do niego w żaden sposób przyczepić. Jednak Córka zjadaczki grzechów z pewnością posiada o wiele więcej wad niż zalet: książka jest schematyczna, nudna, bardzo przewidywalna, nie niesie za sobą żadnego morału, a jej bohaterowie wykazują się inteligencją godną stojaków na parasole.  Nie obrażając, oczywiście, stojaków.
Czyli chyba stawiam sprawę jasno: nie czytajcie. 

Ocena - 3/10

sobota, 22 lipca 2017

"Głębia Challengera" - Neal Shusterman

Niepokojąca podróż przez głębię ludzkiego umysłu. Opowieść o chłopcu, który powoli pogrąża się w chorobie psychicznej. 
Caden Bosch jest rozdarty między tym co widzi, a tym, co wie, że jest prawdziwe. Ma paranoje i halucynacje. Jest zdolnym uczniem liceum obdarzonym artystyczną wrażliwością, jednak coraz częściej wydaje mu się, że bierze udział w misji badającej Głębię Challengera, najgłębiej położonego punktu Rowu Mariańskiego (10 994 metrów pod poziomem morza). Jest świadomy, że jego świat się rozpada i coraz bardziej przerażony, że powoli przestaje odróżniać, co jest prawdą, a co ułudą. Rodzina i przyjaciele dostrzegają zmiany w jego zachowaniu i zaczynają się poważnie niepokoić. Zostaje przyjęty do szpitala psychiatrycznego i poddany leczeniu. Teraz to personel medyczny staje się załogą statku ku zdrowieniu.
Wnikliwa i niezwykle realistyczna, poruszająca i nie dająca spokoju powieść powstała na podstawie osobistych przeżyć autora, którego syn Brendan cierpi na chorobę umysłową.

opis i zdjęcie pochodzą ze strony lubimyczytac.pl


Głębia Challengera to książka niewyobrażalnie, niewyobrażalnie smutna; powieść, po którą na pewno nie sięgnięcie, chcąc się rozerwać w upalny, wakacyjny dzień. 
A jeśli mam Wam dać choć jedną radę, powiem tyle: nie musicie się spieszyć. 

- Jedynym, czego trzeba się bać - oznajmia kapitan zza steru - jest sam strach. I od czasu do czasu potwór ludojad.


Postawię sprawę jasno - cieszę się, że Shusterman poruszył w swojej książce temat chorób psychicznych: temat, po który, jak wynika z moich obserwacji, autorzy powieści młodzieżowych sięgają raczej sporadycznie. Głębia Challengera miała być dla mnie czymś zupełnie nowym; czymś, co otworzyłoby mi oczy na problemy, o jakich być może do tej pory nie miałam pojęcia; czymś, co będę polecać wszystkim dookoła jako najbardziej potrzebną książkę, jaka w tej chwili znajduje się na rynku. I nie zrozumcie mnie źle, Głębia Challengera to nadal powieść, za której powstanie jestem bardzo wdzięczna - właśnie dzięki niej wiele czytelników będzie miało szansę zrozumieć, jak poważną rzeczą jest schizofrenia, tym bardziej, że historia oparta jest na prawdziwych zdarzeniach i przeżyciach syna autora, Brendana Shustermana. Tylko że... chyba pragnęłam czegoś więcej. A, jak każdy mól książkowy dobrze wie, wysokie oczekiwania w stosunku do lektury często kończą się zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażaliśmy.


Martwe dzieci stawia się na piedestale, a te chore psychicznie zamiata się pod dywan.

Fabuła Głębi Challengera toczy się w dwóch miejscach: w realnym świecie, w którym Caden zmaga się z postępującą chorobą psychiczną i na statku zmierzającym do najgłębszego punktu Rowu Mariańskiego, położonego prawie jedenaście tysięcy metrów pod poziomem morza. Przyznam szczerze - nienawidziłam rozdziałów poświęconych misji. Chociaż pod koniec książki byłam już w stanie całkowicie zrozumieć, o co chodziło Nealowi Shustermanowi, czytanie powieści z perspektywy Cadena-załoganta było po prostu... męczące. Przez pierwszą połowę książki starałam się domyślić, do czego w ogóle "pieje" opowiadanie o życiu chłopaka, który został wybrany do wypełnienia misji daleko za oceanem, miejscu tak odległym od normalnego toku akcji - a kiedy wreszcie wszystkie elementy złożyły się w całość, poświęcałam całe moje skupienie na zgadywanie, jaki związek mają ze sobą obie perspektywy (co, nie ukrywam, było zadaniem dosyć skomplikowanym).
Nie z samych minusów składa się jednak fabuła Głębi Challengera - i nie byłaby to całkowicie szczera recenzja, gdybym nie wspomniała o samym aspekcie schizofrenii, na której się ona opiera. Historia Cadena to opowieść niezwykle smutna i trudna w lekturze, szczególnie dla osób wrażliwych. Neal Shusterman poruszył w niej wszystkie aspekty życia jako osoba chora: począwszy od ciężkiej sytuacji rodzinnej Boschów, a skończywszy na terapiach w szpitalu psychiatrycznym, z którymi musiał zmierzyć się chłopak. Autor pokazał swoim czytelnikom, do jak poważnych skutków może doprowadzić schizofrenia - i jak ważne jest to, by nie lekceważyć jej początkowych objawów.

Kiedy prawda boli, zawsze nienawidzi się posłańca.

Polubiłam Cadena. Jest to jedna z tych przeintelektualizowanych postaci, które raczej ciężko wyobrazić sobie w normalnym świecie, ale tak czy tak udało mu się zdobyć sobie moją sympatię - jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób Neal Shusterman przedstawił postępującą w umyśle chłopaka chorobę. Autor sprawił, że przeżywałam cały jej przebieg razem z głównym bohaterem: martwiłam się, kiedy było gorzej, kibicowałam, aby wszystko się ułożyło i cieszyłam jak dziecko przy każdym, nawet najmniejszym objawie wyzdrowienia.
Niestety, kreacja innych bohaterów wypada na tle Cadena o wiele słabiej. Byłam w stanie zrozumieć, że to właśnie chłopak miał grać w Głębi Challengera pierwsze skrzypce, więc inne postacie mogły pozostać nieco w tyle - jednakże biorąc pod uwagę fakt, iż było ich dosyć sporo, ciężko mi było to posunięcie Shustermanowi wybaczyć.

Łakniesz choćby miedziaka, ale masz żal, kiedy się trafi.

Podsumowując, pozostaję w stosunku do Głębi Challengera bardzo neutralna. Spodziewałam się po niej zupełnie czegoś innego - niestety, Neal Shusterman nie spełnił moich wymagań i choć pozostawił po sobie powieść dobrą, to niestety nie na tyle dobrą, bym mogła ją Wam polecić.

Ocena - 6/10


środa, 19 lipca 2017

"Fatalna lista" - Siobhan Vivian

Piękno i brzydota nie zawsze są kwestią wyglądu.
Wyobraź sobie, że gdy przychodzisz do szkoły, oczy wszystkich są wbite w jeden punkt.
W listę.
Czy znajdziesz na niej swoje nazwisko? A jeśli tak, to w której kategorii?
Co roku ktoś - nie wiadomo, kto - wybiera dwie dziewczyny z każdego rocznika. Jedna zostaje okrzyknięta najpiękniejszą, druga - najbrzydszą.
O tych spoza listy natychmiast się zapomina. Wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły.
Na liście są nazwiska ośmiu dziewcząt. W świecie po liście ich życie już nigdy nie będzie takie samo.

 zdjęcie i opis pochodzą ze strony lubimyczytac.pl

Każdy z nas chce czuć się pięknym. 
Albo nie: każdy z nas pragnie być za pięknego uważany. 

Jednego dnia dziewczyny obgadywały jedna drugą, używały najokrutniejszych wyzwisk, a już następnego przysięgały, że będą odtąd dla siebie najlepszymi przyjaciółkami.

Nie oczekiwałam, że Fatalna lista cokolwiek zmieni. Mało tego, nie miałam nawet nadziei na to, że będzie to książka w jakimkolwiek stopniu dobra - proszę Was, gdybym przy wyborze lektury kierowała się jedynie opisem, ominęłabym tą powieść tak szerokim łukiem, jak tylko się da. Typowe amerykańskie liceum? Lista, na której widnieje nazwisko najbrzydszej i najładniejszej dziewczyny z każdego rocznika? I do tego zdanie wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły
Nie. Nie, i jeszcze raz nie. 
Jeżeli miałabym czytać książkę tak pustą, tak skupiającą się na powierzchownej naturze człowieka i poruszającą się bezpiecznymi schematami - wolałam nie czytać jej wcale.
I przypuszczam, że gdyby nie nazwisko Siobhan Vivian, którą wspominałam bardzo miło z jej współpracy z Jenny Han ("Ból za ból", polecam!), Fatalna lista nigdy by w moich rękach nie wylądowała. A to, przyznaję, byłoby jednak sporą stratą. 

Za parę lat nikt nie będzie pamiętał tego balu ani tego, kto został jego królową. Wszyscy zapomną też o liście. W pamięci pozostaną natomiast przyjaciele, znajomości, jakie zawarliście w szkole. Tak naprawdę tylko to się liczy i tylko to warto zachować.
Nie spodziewałam się, że to powiem, ale jednak: Fatalna lista okazała się być książką zaskakująco mądrą. Żyjemy w czasach, kiedy piękno jest rzeczą niemalże oczywistą - idealny wygląd codziennie prezentują nam kolorowe magazyny, portale społecznościowe oraz przeróżne telewizyjne programy. Każdy wie, jak powinien wyglądać, by być uważanym za ładnego, każdy wie, co powinien zrobić, co powinien zmienić i jakie działania poczynić, aby spotkać się z ludzkim wyobrażeniem ideału. I choć obawiałam się, że zamiast nieco uspokoić to całe przesadne dążenie do perfekcji, Fatalna lista tylko je pogłębi, myliłam się: Siobhan Vivian udowodniła nam, że tak naprawdę nikt nie jest w stu procentach idealny, a każdy posiada swoje kompleksy - nawet osoba posądzana za perfekcyjną. Pokazała również swoim czytelnikom, że piękno to tylko względne, subiektywne określenie; wiele rzeczy jest od niego w życiu ważniejszych i to na nich powinniśmy się skupić.

To, jak odniesiesz się do listy będzie miało przełożenie na to, jak odbiorą ją twoi rówieśnicy. 

Aż ciężko mi się do tego przyznać, ale polubiłam wszystkie dziewczyny, których oczami przyszło mi obserwować przebieg wydarzeń - każda z nich miała swoje życie i własny świat, kontrastujący z łatką pięknej albo brzydkiej, która przylgnęła do niej za pośrednictwem listy. Autorka doskonale dała nam do zrozumienia, że nigdy nie wiemy, jak nasze komentarze dotyczące czyjegoś wyglądu wpłyną na drugą osobę, bowiem każda dziewczyna, która znalazła się na liście - Abby, Danielle, Sara, Margo, Lauren, Jennifer, Candace i Bridget - zareagowała na to "wyróżnienie" zupełnie inaczej: jedne z zachwytem, drugie z zaskoczeniem, trzecie wręcz z rozpaczą. Siobhan Vivian postarała się, by każda z wykreowanych przez nią postaci była barwna i oryginalna, więc mimo wielu punktów widzenia nie miałam problemu z tym, aby połączyć imiona bohaterek z ich historiami.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zakończenie. Przyznaję, że autorka chyba chciała skończyć przygodę z Fatalną listą zbyt szybko, co skutkowało niezbyt dobrze skonstruowaną fabułą - szczególnie na ostatnich stronach zaczęła ona niezbyt komfortowo przyspieszać i na siłę ciągnąć do punktu kulminacyjnego, tak jakby Siobhan Vivian nie miała pomysłu na pomniejsze szczegóły. W konsekwencji nie otrzymałam odpowiedzi na najbardziej nurtujące mnie pytania -  a biorąc pod uwagę ogólny morał tej książki, jest to wręcz absurdalne i nie rozwiązuje większości poruszonej w niej problemów.  

Dziewczyny oceniają się nawzajem i uprzedmiotawiają, pogrążając jedne, a inne wynosząc na piedestał. 
Podsumowując, polecam Wam tę książkę z całego serca. Jeżeli, tak jak ja, wahacie się ze względu na banalny i nieco pusty opis, mogę Was zapewnić, że bez powodu - Siobhan Vivian porusza wiele tematów, o których warto wspominać w książkach przeznaczonych dla młodzieży. 

Ocena - 8/10

piątek, 14 lipca 2017

"The Da Vinci Code" - Dan Brown

W Luwrze zostaje popełnione morderstwo. Jego ofiarą jest kustosz. Zwłoki zostają znalezione w pozycji przypominającej sławny rysunek witruwiański, na którym renesansowy artysta przedstawił idealne proporcje ludzkiego ciała. W zbrodnię zamieszany jest - według policji - profesor z Harvardu, znawca symboliki religijnej.
Sprawy komplikują się, gdyż umierający kustosz pozostawił szereg zagadek, które mają pomóc wskazać winnych tej zbrodni i trzech innych popełnionych tej nocy na wpływowych mieszkańcach Paryża. Ale mają też doprowadzić do czegoś znacznie bardziej istotnego.




Chciałam kolejną powieść na miarę Angels and Demons, dostałam... no właśnie.

Men go to far greater lengths to avoid what they fear than to obtain what they desire.
The Da Vinci Code okazał się być dokładnie tym, czego od niego oczekiwałam.
Chciałam książki, która, tak samo jak poprzedni tom, będzie przyjemną lekturą obfitującą w ciekawe wydarzenia, z nutką historii i wieloma zagwozdkami z dziedziny symboliki religijnej.
Chciałam znowu usłyszeć specyficzne żarciki Roberta Langdona, posłuchać jego inteligentnych rozważań i wziąć udział w śmiertelnie niebezpiecznym wyścigu z czasem (odmierzanym oczywiście na zegarku z Myszką Miki), którego zwycięzca pozostaje nieznany do ostatnich chwil.
Tęskniłam za pędzącą na złamanie karku akcją i zakończeniem, które zwaliłoby mnie z nóg i pozbawiło wszelkich dotychczasowych domysłów, jakie kłębiły się w mojej głowie.
Chciałam po prostu czegoś, co oderwie mnie od rzeczywistości i nie pozwoli o sobie zapomnieć przez długi, naprawdę długi czas. 
I, ku mojej uldze, The Da Vinci Code właśnie czymś takim się okazało. 


Telling someone about what a symbol means is like telling someone how music should make them feel.
Powiem jedno - jeżeli kiedykolwiek przestanę się zachwycać tym, w jaki sposób Dan Brown splata swoje intrygi, możecie uznać, że jest ze mną coś nie tak. To, co działo się na kartach The Da Vinci Code po prostu przeszło moje najśmielsze wyobrażenia - tak szczegółowej, dopracowanej i zadziwiająco interesującej historii nie spotkałam nigdy u żadnego innego autora, z którym miałam do czynienia. Brownowi udało się zamienić koszmarnie oklepany w przeróżnych kryminałach schemat, jak znalezienie zwłok oznaczonych tajemniczymi symbolami, w coś zupełnie oryginalnego - w coś, co od pierwszych stron wzbudza zainteresowanie czytelnika i trzyma go w napięciu aż do samego końca. Wszystko łączy się ze wszystkim, wskazówki odkryte na dwudziestej stronie przydają się na czterysta pięćdziesiątej, a bohaterowie raz okazują się być przyjaciółmi, a raz wrogami. Nie spodziewasz się, kiedy rzecz z początku nie do odgadnięcia staje się być prosta i wręcz banalna; kipisz ze złości, kiedy nie wpadniesz na coś oczywistego i piejesz z zachwytu, kiedy uda Ci się zrozumieć jakąś zawiłość, zanim zrobi to Langdon. 
Pozornie - sam zachwyt. 
Ale czy The Da Vinci Code to rzeczywiście same pozytywy?


What really matters is what you believe.
Spotkałam tutaj ten sam problem, co w Angels and Demons - pierwsze rozdziały dłużyły mi się niesamowicie, a z początku wbicie w fabułę graniczyło niemal z cudem. I choć sam rozwój historii niezmiernie mnie ciekawił, w żadnym wypadku nie nazwałabym tej książki lekturą "na jedną noc" ani taką, w której nie wytrzymacie, dopóki nie przewrócicie następnej strony. Czytanie jej zajęło mi w końcu cztery dni - a cztery dni jak na mnie i książkę sześćsetstronicową to, nie ukrywajmy, jednak wynik dosyć przeciętny.
Muszę wspomnieć też o stylu pisania Dana Browna, który w gruncie rzeczy można uznać za nieco... toporny. Możliwe, że to tylko moje odczucie, ale czytając The Da Vinci Code brakowało mi w nim takiej pisarskiej lekkości, co na dłuższą metę potrafiło nieźle zirytować. Co mogę zaliczyć na plus, to interesujące przedstawienie historycznych faktów czy też po prostu opisów, którymi bardzo łatwo czytelnika znudzić - tutaj ani razu nie pomyślałam o tym, aby coś pominąć albo zignorować, a bądźmy ze sobą szczerzy, że takich długich wstawek było w The Da Vinci Code całkiem sporo.

Today is today. But there are many tomorrows.
A co z bohaterami?
O Langdonie wspominałam już przy okazji ostatniej recenzji i moje odczucia w stosunku do niego w ogóle się nie zmieniły - autor wykonał bardzo dobrą robotę przy kreacji tej postaci, która nie wydaje się ani przerysowana, ani też szczególnie zaniedbana. Dan Brown zwrócił moją uwagę również na dopracowane przedstawienie postaci drugoplanowych. Sophie Neveu co prawda nie zyskała sobie mojej sympatii tak bardzo, jak Vittoria Vetra, ale nadal udało mi się ją polubić; Leigh Teabing z pewnością był jednym z bardziej zaskakujących bohaterów, a perspektywa głównego antagonisty, Silasa, sprawiała, że historii stawała się jeszcze bardziej interesująca.
Jednym słowem - dobra robota, panie Brown.

Life is filled with secrets. You can't learn them all at once.
Podsumowując - The Da Vinci Code to z pewnością lektura warta przeczytania. Jak dla mnie, nie dorównuje ona geniuszowi zaprezentowanemu w Angels and Demons, ale nie ukrywam, że zapewniła mi długie godziny rozrywki i umiliła trochę te nudniejsze wakacyjne dni.

CZYTAĆ, A MOŻE NIE, CZYLI COŚ O ANGIELSKIEJ GRAMATYCE
Przy okazji recenzji Angels and Demons wspominałam, że Brown nieco utrudnił lekturę dodając do fabuły sporo fachowego słownictwa - na całe szczęście, w The Da Vinci Code nie było go prawie wcale, co przywitałam z ogromną ulgą. Choć może nie poleciłabym czytania książek Dana Browna w oryginale komuś, kto dopiero zaczyna, to już bardziej zaawansowani czytelnicy nie muszą się obawiać - wszystko można bez problemu zrozumieć 😉


poniedziałek, 10 lipca 2017

"Angels and Demons" - Dan Brown


Robert Langdon zostaje pilnie wezwany do położonego koło Genewy centrum badań jądrowych CERN. Jego zadanie – zidentyfikować zagadkowy wzór wypalony na ciele zamordowanego fizyka. Langdon ze zdumieniem stwierdza, że jest to symbol tajemnego bractwa iluminatów – potężnej, aczkolwiek nieistniejącej od czterystu lat organizacji walczącej z Kościołem, do której należały najświetniejsze umysły Europy, jak choćby Galileusz. Jak się okazuje, iluminaci przetrwali w ukryciu do czasów współczesnych i planują straszliwą wendettę - wysadzenie Watykanu przy użyciu antymaterii wykradzionej z genewskiego laboratorium. Langdon i Vittoria Vetra, córka zamordowanego fizyka, mają zaledwie dobę, by odnaleźć utajnioną od XVI wieku siedzibę iluminatów i zapobiec niewyobrażalnej tragedii. Czy zdołają na czas rozszyfrować wskazówki zapisane w jedynym zachowanym w archiwach Świętego Miasta egzemplarzu legendarnego traktatu Galileusza? Jak zakończy się dramatyczny wyścig z czasem – po tajemnych kryptach i katakumbach, wyludnionych katedrach, tropem symboli iluminatów zakamuflowanych przed wiekami miejscach znanych każdemu mieszkańcowi Rzymu? Zagadka goni zagadkę, prowadząc do najbardziej nieoczekiwanego finału...
zdjęcie pochodzi ze strony goodreads.com, a opis lubimyczytac.pl



Science tells me God must exist. My mind tells me I will never understand God. And my heart tells me I am not meant to.
Znowu sięgnęłam po gatunek, którego zwykłam nie czytać na co dzień.
Znowu uległam pozytywnym opiniom i namowom, które od jakiegoś czasu napływają do mnie ze wszystkich stron.
Znowu złapałam się na to, że książkę mogę przeczytać w języku oryginalnym, więc chwyciłam ją z półki nie zastanawiając się nawet nad tym, czy to moje klimaty.
Znowu wahałam się, czekałam na odpowiedni moment i obawiałam się, że nie podołam Angels and demons na tle językowym.
I ponownie trafiłam na autora, w którego umiejętnościach pisarskich zakochałam się bez pamięci.

Science and religion are not at odds. Science is simply too young to understand.
Przyznaję - pierwsze sto, a nawet dwieście stron było dla mnie kompletną porażką. Czytałam kawałek, nudziłam się, wstawałam od książki i szłam narzekać wszystkim dookoła, że osławiony Dan Brown wcale nie jest tak świetnym pisarzem, jak zapowiadali - wręcz przeciwnie, Rzym wydawał mi się blady i nierealistyczny, historia naciągana, fabuła źle prowadzona, styl pisania nieskładny, a bohaterowie niezdecydowani.
Zajęło mi to całe dwa dni, przepełnione złorzeczeniami w kierunku denerwującego Langdona, by się choćby przekonać do idei tej książki.
Jeden dzień, by zacząć obsesyjnie myśleć o Angels and demons za każdym razem, gdy odkładałam ją na bok.
Jeden dzień, by stwierdzić, że może nie jest taka zła.
I dwie godziny, by kompletnie się w niej zakochać.

 God answers all prayers, but sometimes his answer is 'no'.

Ale, kończąc już te narzekania - Angels and demons jest niesamowite. Niesamowite pod każdym względem - począwszy na intrygującej fabule, poprzez uważnie stonowaną akcję, której nigdy nie było ani za dużo, ani za mało, na dokładnych opisach rzymskiej architektury skończywszy. Nie spodziewałam się, że natrafię na coś tak świeżego (jeśli w ogóle mogę tak powiedzieć o książce wydanej około siedemnaście lat temu) i oryginalnego w powieści, która z pozoru wcale się na taką nie zapowiadała. Historia rzekomej "straszliwej wendetty" skrywała bowiem w sobie o wiele więcej, niż mógłby nam zdradzić opis - Dan Brown zaserwował swoim czytelnikom doskonałą dawkę humoru, dobrej zabawy przy rozszyfrowywaniu wielorakich zagadek, ale też napięcia, które pod sam koniec nie spadało nawet na moment. Chyba muszę wspomnieć, że po raz pierwszy od dłuższego czasu zakochałam się w książce nie poprzez bohaterów ani przesłanie, jakie ze sobą niesie, tylko właśnie przez akcję - na tę chwilę nie mogę sobie przypomnieć powieści, która by nie dawała o sobie zapomnieć na tak długo po jej przeczytaniu.

Our minds sometimes see what our hearts wish were true.
 Mogłabym powiedzieć, że kreacja bohaterów w Angels and demons nie powala na kolana, ale z drugiej strony - bądźmy ze sobą szczerzy, ta książka nie jest o bohaterach. Mimo tego, polubiłam Langdona. Choć z początku niezbyt byłam przekonana do tego, w jaki sposób przedstawił go Brown, to z biegiem czasu poczęłam dostrzegać jego zalety - wysoce rozwinięta wiedza na wiele tematów, niezapomniany humor, inteligencja i pasja stworzyły obraz postaci, której tak naprawdę ciężko nie polubić. Zarówno on, jak i Vittoria prowadzili czytelnika przez ekscytującą historię o bractwie iluminatów w sposób, który nie wpływał na nasze postrzeganie fabuły - pomijając pojedyncze przypadki, rzadko zdarzało mi się irytować jej przebiegiem przez ich posunięcia. Mało tego: kibicowałam im w uratowaniu Watykanu z całych sił.

The most dangerous enemy is that which no one fears.
 Podsumowując, polecam Wam Angels and demons z całego serca. Nie jest to książka, którą uznałabym za szczególnie ambitną czy taką, którą będziecie wspominać przez lata - jednak jestem pewna, że spędzicie przy niej sporo dobrego czasu i poznacie historię, jakiej jeszcze nie mieliście okazji spotkać.

CZYTAĆ, NIE CZYTAĆ? CZYLI COŚ O ANGIELSKIM I NAUKOWYM SŁOWNICTWIE
Dobra, nie będę nawet ukrywać - było ciężko. Obracając się w świecie CERN-u, naukowców, antymaterii i Wielkich Zderzaczów Hadronów (dla ciekawskich: Large Hadron Collider) Dan Brown zasypał nas fachowym słownictwem, którego zrozumienie z trudnością przychodzi nawet i w rodzimym języku. Mając w porównaniu inne książki, jakie czytałam po angielsku mogę też stwierdzić, że i "codzienne" wyrażenia mają w sobie pewną dozę zaawansowania, więc kilkukrotnie byłam zmuszona zajrzeć do słownika. Dlatego też nie poleciłabym Angels and demons czytelnikom, którzy dopiero zaczynają przygodę z czytaniem w języku angielskim - nie warto się zrażać i lepiej sięgnąć po coś, czego lektura przyjdzie Wam z łatwością.  

Ocena - 9/10