sobota, 10 lutego 2018

SŁOWIK - Kristin Hannah

Dwie siostry, Isabelle i Vianne, dzieli wszystko: wiek, okoliczności, w jakich przyszło im dorastać, i doświadczenia. Kiedy w 1940 roku do Francji wkracza armia niemiecka, każda z nich rozpoczyna własną niebezpieczną drogę do przetrwania, miłości i wolności.
Zbuntowana Isabelle dołącza do ruchu oporu, nie zważając na śmiertelne niebezpieczeństwo, jakie ściąga na całą rodzinę. Opuszczona przez zmobilizowanego męża Vianne musi przyjąć do swego domu wroga. Cena za uratowanie własnego życia i dzieci z czasem staje się dramatycznie wysoka…




Jeżeli moje długie życie czegoś mnie nauczyło, to tego, że miłość pokazuje nam, kim chcemy być, wojna zaś - kim jesteśmy.
Książki o tematyce wojennej zawsze wpasowywały się dla mnie w dwie skrajne kategorie - albo, jak Złodziejka książek Markusa Zusaka, traktowały wojnę jedynie jako tło dla bardziej przyziemnych zdarzeń, albo, jak Kamienie na szaniec autorstwa Aleksandra Kamińskiego, ukazywały ją w postaci suchych i pozbawionych emocji faktach, których lektura przypominała zagłębianie się w wyjątkowo zawiłym szkolnym podręczniku od historii. Zdarzało się, że czułam się zbytnio przytłoczona tematyką, która nie była odpowiednio dawkowana, lub też wręcz przeciwnie, ciężko mi było choćby w najmniejszym stopniu odczuć rozpacz po katastrofie i strach, który powinien emanować przez karty powieści. W krótkich słowach - nigdy nie lubiłam książek historycznych, których fabuła ma miejsce właśnie pod koniec pierwszej połowy dwudziestego wieku.
Nie lubię, nie lubiłam.
Dopóki nie usłyszałam słowika, który piskliwym trelem wyśpiewał mi piękną historię o dwóch zupełnie różnych siostrach. 

Kobiety żyją dalej. Dla nas ta wojna była czymś innym niż dla nich. Kiedy się skończyła, nie brałyśmy udziału w paradach, nie dostawałyśmy medali, nie wspominano o nas w książkach historycznych. W czasie wojny robiłyśmy to, co do nas należało, a gdy się skończyła, pozbierałyśmy kawałki i zaczęłyśmy życie od nowa.
Zazwyczaj, czytając książki o wojnie, poznajemy historie mężczyzn. Zostajemy zasypani szczegółowymi opowieściami o walce, broni i boju o własne życie, które toczyli z dala od swoich bliskich i rodzinnego domu; poznajemy kulisy działań sabotażowych i akcji dywersyjnych; stajemy  oko w oko ze śmiercią, strachem i odwagą, którą musieli się wykazywać w obliczu grożącego im niebezpieczeństwa. Słowik jest inny. Przedstawiając historię dwóch sióstr w okupowanej przez Niemców Francji, Kristin Hannah starała się nam udowodnić, jak wielką rolę w czasie wojny odegrały kobiety - zarówno te, które pozostały w swych domach i walczyły o ochronę oraz bezpieczeństwo dla swoich dzieci, jak i te, które, działając w ruchach oporu, dzień w dzień narażały życie, aby walczyć o wolność dla ich ojczyzny. Opowieść, którą  autorka opowiadała nam oczami Isabelle i Vianne, łapie za serce, jest chwilami szokująca, niesamowicie wciągająca, lecz  zarazem piękna - pokazuje nam, kim stają się ludzie w obliczu wojny i jak wiele są w stanie się posunąć, by odzyskać to, co zostało im odebrane.  

Miłość powinna być silniejsza od nienawiści, inaczej nie ma dla nas przyszłości.
Za kreację bohaterów Kristin Hannah powinna otrzymać co najmniej nagrodę literackiego Nobla. Już na samym początku książki skonfrontowała dwa zupełnie różne od siebie charaktery - starszą, doświadczoną i poważną Vianne, dla której najważniejsze było bezpieczeństwo jej małej córeczki, oraz bardzo młodą, żyjącą marzeniami Isabelle, po cichu liczącą na to, że odegra w czasie wojny ważną rolę. Kristin Hannah w doskonały sposób zaprezentowała nam, że odwaga nie musi polegać na bezmyślnym rzuceniu się w wir walki - udowodniła również, że sam fakt chęci ochrony swoich najbliższych wymagał w czasie wojny ogromnych poświęceń i dużej dozy nieustraszoności, którymi musiały wykazywać się pozostające w rodzinnych miastach kobiety. Z biegiem akcji autorka pozwalała nam także obserwować, jak warunki panujące w pogrążonej w wojnie Francji wpływały na główne bohaterki Słowika - jak młoda, niedoświadczona życiem Isabelle zamienia się w dojrzałą i silną kobietę, a zamknięta w sobie Vianne odnajduje w sobie chęć do walki. Portrety tychże postaci zostały sporządzone misternie, a jednocześnie prawdziwie - ich rozwój zaś stanowi idealny przykład dla współczesnych nam ludzi, którzy nieustannie dążą do tego, aby być dobrymi i pełnymi pozytywnych wartości jednostkami. 

Rzeczy najgorsze zawsze są prawdziwe. 
Słowik autorstwa Kristin Hannah to książka, która z pewnością wywoła w nas wiele przeróżnych emocji. Muszę przyznać, że przeczytałam ją jednym tchem i żałuję, że moja przygoda z siostrami Vianne oraz Isabelle tak prędko dobiegła końca - pomimo smutku, jakim niezaprzeczalnie przepełniona jest ich opowieść, jest to również pewna pozytywnych wartości historia, która na długo pozostanie w naszych sercach. Polecam Wam ją bardzo serdecznie!

Ocena - 9/10

sobota, 13 stycznia 2018

ANNE OF GREEN GABLES - Lucy Maud Montgomery

Samotne rodzeństwo Maryla i Mateusz Cuthbertowie decyduje się na adopcję chłopca z sierocińca. Jeszcze nie wiedzą, jak bardzo ta decyzja odmieni ich życie i życie wszystkich mieszkańców Avonlea. Na Zielone Wzgórze zamiast chłopca przybywa jedenastoletnia rudowłosa dziewczynka – Ania. Obdarzona nieprzeciętnym temperamentem i wyobraźnią oraz zdolnością wnikliwego, oryginalnego patrzenia na otaczający świat, mająca niezwykłe pomysły, skora do psot i często popadająca w tarapaty, ale też gotowa do pomocy Ania wnosi radość i miłość do domu swoich starych opiekunów i sprawia, że życie społeczności Avonlea nabiera barw i intensywności.

Zakochałam się. Totalnie, całym swoim sercem i każdym zakamarkiem mojego umysłu. 

“Life is worth living as long as there's a laugh in it.” 
Jestem święcie przekonana, że Anię z Zielonego Wzgórza w pewnym momencie swojego życia czytał każdy z nas - do szkoły lub dla przyjemności; z przymusu czy też z ciekawości; może z polecenia kogoś, komu zawsze wierzymy, jeśli chodzi o dobre książki. Historia ta już tak dobrze zapisała się na kartach szeroko rozumianej literatury, że wstyd byłoby przyznać, że się jej nie zna - opowieść o rudowłosej Ani nie tylko bowiem należy do klasyki, z którą powinniśmy się w ciągu swojego życia zapoznać, lecz do tego przedstawia tak cudowną i pełną ciepła scenerię, że grzechem byłoby nie zatopić się w jej lekturze choć na jedną malutką chwilę

"“Dear old world', she murmured, 'you are very lovely, and I am glad to be alive in you.”
Zwierzę się Wam, że sama czytałam książkę Lucy Maud Montgomery już dwukrotnie, ale nigdy nie zakochałam się w niej aż tak bardzo, jak wszyscy inni - ot, uważałam ją za dobrą, pouczającą lekturę, podnoszącą na duchu i umacniającą nas w wierze, że bycie pomocnym i optymistycznym przynosi same korzyści, ale nie czułam w niej nic... innego. Dlatego też perspektywa ponownego powrotu do Avonlea, tym razem w języku oryginalnym, nie wydawała mi się zbytnio obiecująca.  Lecz tak samo jak Ania próbowała przekonać Marylę, by jednak pozwoliła jej zostać na Zielonym Wzgórzu, tak książka ta nieustannie usiłowała zmienić moje zdanie na jej temat - i, równie zaskakująco i z przytupem jak to było z panną Cuthbert, jej się to udało.

“We pay a price for everything we get or take in this world; and although ambitions are well worth having, they are not to be cheaply won, but exact their dues of work and self denial, anxiety and discouragement.”

Chyba nie jestem w stanie wyrazić słowami, jak cudowna i niezwykła zarazem wydała mi się historia małej Ani Shirley. Choć dla kogoś, kto rzuciłby okiem na tę książkę tylko pobieżnie, fabuła może wyglądać na prostą i mało interesującą, Lucy Maud Montgomery przepełniła ją tak niesamowitymi zdarzeniami, że aż ciężko nie dać się porwać w wir szaleńczych emocji i zapomnieć o Bożym świecie, wciąż tylko przewracając kartki do samego końca. Opowieść o biednej sierocie to nie tylko pełna wzlotów i upadków komedia, przy której nie raz, nie dwa uśmiechniemy się do siebie i pokręcimy z niedowierzaniem głową - to również wzruszająca historia o miłości, akceptacji i poszukiwaniu w sobie dobra, które, choć być może niegdyś tłumione, zawsze znajdzie drogę, aby się w nas ujawnić. Myślę, że właśnie ogrom dobroci i piękna, jakimi wypełniona jest Ania z Zielonego Wzgórza wywarł na mnie aż tak duże wrażenie i wciągnął w świat Avonlea mocniej niż kiedykolwiek wcześniej. Książka ta bowiem, poruszając wiele innych bardzo ważnych tematów, najgłośniej mówi o jednym: bycie wartościowym i życzliwym człowiekiem popłaca ponad wszelkie miary, a niewinność i dziewczęcy wdzięk, w który ubiera te słowa zawsze optymistyczna Ania, jeszcze bardziej dodaje im mocy i niezwykłego blasku.

“Why must people kneel down to pray? If I really wanted to pray I’ll tell you what I'd do. I'd go out into a great big field all alone or in the deep, deep woods and I'd look up into the sky—up—up—up—into that lovely blue sky that looks as if there was no end to its blueness. And then I'd just feel a prayer.” 
Ania. Diana. Maryla i Mateusz, państwo Allan, pani Linde, Gilbert Blythe, panna Barry. Wszyscy bohaterowie, z jakimi spotykamy się na kartach tej książki są na tyle trójwymiarowi i przepełnieni różnorakimi emocjami, że pokochanie ich nie jest rzeczą trudną - w niektórych zakochujemy się od pierwszego wejrzenia, do innych dojrzewamy z czasem i dopiero wtedy zaczynamy pałać do nich bezgraniczną miłością, lecz do wszystkich przypadków przywiązujemy się tak samo, jakby byli ludźmi z krwi i kości. Lucy Maud Montgomery stworzyła świat, w którym każdy z nich uczy nas czegoś bardzo ważnego, czegoś, co powinniśmy zapamiętać sobie na przyszłość - i choć nie składają się oni z samych zalet, na pewno stanowią pewnego rodzaju autorytety, którymi możemy kierować się w przyszłości.

“People laugh at me because I use big words. But if you have big ideas, you have to use big words to express them, haven't you?” 

W podsumowaniu powinnam zawrzeć tylko jedno zdanie - jestem sobie naprawdę wdzięczna, że pomimo wcześniejszych uprzedzeń postanowiłam jeszcze raz zatopić się w lekturze książki Lucy Maud Montgomery, ponieważ jestem pewna, że teraz zostanie ona w moim sercu na zawsze. 

CO POWIEM O ANGIELSKIEJ GRAMATYCE?

Anne of Green Gables to chyba najstarsza książka, jaką kiedykolwiek czytałam w oryginale i przyznaję, że niejednokrotnie musiałam sięgać do słownika, aby sprawdzać znaczenie co trudniejszych wyrazów. I choć myślę, że niektórych może to zniechęcić, tak czy tak gorąco polecam lekturę - czytanie po angielsku jeszcze bardziej wprowadza nas w klimat XX-wiecznej Kanady i pozwala nam poczuć się tak, jakbyśmy sami znajdowali się w słonecznym Avonlea i przeżywali wraz z Anią jej przygody. 




wtorek, 25 lipca 2017

"Córka zjadaczki grzechów" - Melinda Salisbury

17-letnia Twylla żyje w pałacu. Ale chociaż jest zaręczona z księciem, dziewczyna nie jest zwykłym mieszkańcem dworu. Jest katem.
Będąc wcieleniem bogini, Twylla zabija swoim dotykiem. Każdego miesiąca jest zabierana do więzienia i kładąc rękę na skazańcu, wykonuje egzekucję. Nawet książę, którego królewska krew chroni przed skutkami dotyku Twylli, unika jej.
Jednak na dworze pojawia się nowy strażnik – chłopak, który pod uśmiechem ukrywa śmierć. Tylko on, w przeciwieństwie do innych, widzi w Twylli po prostu dziewczynę, nie tylko kata i boginię. Jednak Twylla została przyrzeczona księciu i zdaje sobie sprawę, co czeka tego, kto sprzeciwi się królowej.
Ale zdrada to ostatni problem Twylli. Królowa planuje zniszczyć swoich wrogów. To plan, który wymaga ogromnego poświęcenia. Czy Twylla wykona przeznaczone jej zadanie, by ochronić królestwo?  



Panie i panowie - oto Córka zjadaczki grzechów.
Czyli, w krótkich słowach: jak na zawsze zrazić się do powieści młodzieżowych.

Nikt nie zapomina ludzi, którzy go kochali. Bez względu na wiek i upływ czasu, zawsze pamiętamy, że byliśmy kochani.

Zabijanie dotykiem? Dziewczyna, niby zaręczona z księciem, żyjąca w pałacu i posiadająca wszelkie dobra doczesnego świata, a jednak obdarzona straszliwym brzemieniem, utrudniającym jej życie od wielu lat? Unikana przez ludzi z jej otoczenia, wyszydzana, uznawana za istotę nie z tego świata, która nie powinna istnieć? I ktoś nowy w jej życiu, ktoś, kto nareszcie ją rozumie, kto dostrzega, że nie ma w niej nic nadzwyczajnego, ktoś, kto widzi w niej po prostu dziewczynę?
A, i jeszcze zdrada. Plan, który wymaga ogromnego poświęcenia. Nieudolna próba zrobienia z tej książki czegoś, co zwróciłoby uwagę czytelnika choćby na moment.
Brzmi znajomo?
Niewątpliwie. Gdyż Córka zjadaczki grzechów nie jest niczym innym, niż tym, co już dobrze w literaturze znamy... i z pewnością nie kochamy.

Nauczyłam się, że bycie samą bardzo różni się od bycia samotną. Żyłam niegdyś pośród ludzi i byłam bardzo samotna, a teraz jestem sama i nigdy wcześniej nie byłam bardziej zadowolona z życia. 

Schematy, schematy, schematy. Zaryzykuję stwierdzenie, że Córka zjadaczki grzechów nie posiada w sobie niczego oryginalnego - cała jej fabuła, porażające zwroty akcji, bohaterowie i ich problemy... to wszystko już było, i to nie raz, lecz praktycznie w każdej wydanej na polskim rynku powieści młodzieżowej. Książka Melindy Salisbury była najzwyczajniej w świecie nudna i potwornie, potwornie przewidywalna - największej zagadki, która miała zwalić czytelników z nóg, domyśliłam się na długo przed tym, jak została ujawniona. Sam przebieg akcji zresztą pozostawia sobą wiele do życzenia. Patrząc z perspektywy czasu (od przeczytania przeze mnie Córki zjadaczki grzechów minęło już prawie półtora tygodnia) stwierdzam, że jakiej takiej fabuły w zasadzie tutaj nie zaznamy - autorka opowiedziała nam łzawą historię o zabójczej dziewczynie i podupadłym królestwie, zaprezentowała sztampową walkę dobra ze złem, szybko zapobiegła powstaniu jakichkolwiek niedopowiedzeń w wątkach pobocznych (których po prostu nie było) i zakończyła książkę w najbardziej przewidywalny sposób, w jaki tylko można było to zrobić. 
Brawo, pani Salisbury. Bardziej zmarnować mojego czasu chyba się nie dało. 

[Ludzie] widzą jastrzębia i myślą sobie, że przyjemnie byłoby umieć latać. Ale gołębie i wróble też potrafią latać, a jakoś nikt nie wyobraża sobie siebie jako wróbla. Nikt nie chce być wróblem.
Nie przesadzę, jeśli powiem, że przez pierwszą połowę książki Twylla mogłaby równie dobrze być nie tyle śmiertelnie niebezpiecznym wcieleniem bogini Daunen, ile zwyczajną wycieraczką do butów, która niby spełnia ważną rolę, a jednocześnie przez nikogo niezauważaną. Dziewczyna po prostu... nie istniała. Mimo że w myślach nieustannie przeklinała fakt, że musi wykonywać każdy rozkaz królewskiej pary i rozwodziła się, jakby to nie chciała się im sprzeciwić, to nie próbowała zrobić kompletnie nic, aby choć odrobinę poprawić swój los - na próżno szukać u niej choćby odrobiny własnego zdania oraz asertywności, była też na każde zawołanie swoich ciemiężców i spełniała ich każde, nawet najbardziej bezsensowne rozkazy. Dopiero, kiedy Twylla napotkała Liefa - kolejną idealną, wyzbytą jakichkolwiek wad wycieraczkę - doszła do wniosku, że jej buntownicza natura powinna wyjść na jaw, a ona sama wreszcie stanie się kowalem własnego losu. I to jest błąd, kardynalny, potworny błąd - Melinda Salisbury pokazała swoim czytelnikom, że to, w jaki sposób zmieni się nasze życie, w głównej mierze zależy od kogoś innego; że jeżeli natkniemy się na kogoś, z kim znajdziemy wspólny język, dopiero on uratuje nas z dawnego, nudnego życia i tchnie w nie odrobinę szczęścia. Że sami nie jesteśmy w stanie nic zmienić.
Co, jak wszyscy, mam nadzieję, dobrze wiemy, jest wierutną bzdurą. 
W całym tym zamieszanu znalazła się jednak jedna postać, która zyskała sobie moją sympatię  - a mianowicie książę Merek, który, choć pojawiał się nieczęsto, wykazał się odrobinę większą inteligencją, niż cała reszta mieszkańców pałacu razem wzięta. Myślę, że to właśnie on miał na myśli jedynie dobro Twylli i pragnął, by jej życie się zmieniło - jednak nie kierując nią na każdym kroku, tylko dając jej wolność wyboru, to, czego dziewczynie brakowało przez cały swój okres życia w pałacu. Dlatego też, z powodu jego szczerych intencji i charakteru, którego nie dało się nie polubić, zakończenie książki bardzo mnie rozczarowało

Matka nauczyła mnie, że mężczyzna powinien zawsze składać przeprosiny na piśmie, by dama miała pewność, że się z nich nie wycofa.
Nie wiem, co sądzić o tej książce; jestem jednak pewna, że po żadne dzieło Melindy Salisbury nigdy więcej już nie sięgnę.  Jedyne, co mogę autorce przyznać to to, iż jej powieść czyta się bardzo łatwo i dosyć szybko - styl pisania autorki nie przeszkadzał mi w przyswajaniu jakże interesującej fabuły, więc tak naprawdę nie mogę się do niego w żaden sposób przyczepić. Jednak Córka zjadaczki grzechów z pewnością posiada o wiele więcej wad niż zalet: książka jest schematyczna, nudna, bardzo przewidywalna, nie niesie za sobą żadnego morału, a jej bohaterowie wykazują się inteligencją godną stojaków na parasole.  Nie obrażając, oczywiście, stojaków.
Czyli chyba stawiam sprawę jasno: nie czytajcie. 

Ocena - 3/10

sobota, 22 lipca 2017

"Głębia Challengera" - Neal Shusterman

Niepokojąca podróż przez głębię ludzkiego umysłu. Opowieść o chłopcu, który powoli pogrąża się w chorobie psychicznej. 
Caden Bosch jest rozdarty między tym co widzi, a tym, co wie, że jest prawdziwe. Ma paranoje i halucynacje. Jest zdolnym uczniem liceum obdarzonym artystyczną wrażliwością, jednak coraz częściej wydaje mu się, że bierze udział w misji badającej Głębię Challengera, najgłębiej położonego punktu Rowu Mariańskiego (10 994 metrów pod poziomem morza). Jest świadomy, że jego świat się rozpada i coraz bardziej przerażony, że powoli przestaje odróżniać, co jest prawdą, a co ułudą. Rodzina i przyjaciele dostrzegają zmiany w jego zachowaniu i zaczynają się poważnie niepokoić. Zostaje przyjęty do szpitala psychiatrycznego i poddany leczeniu. Teraz to personel medyczny staje się załogą statku ku zdrowieniu.
Wnikliwa i niezwykle realistyczna, poruszająca i nie dająca spokoju powieść powstała na podstawie osobistych przeżyć autora, którego syn Brendan cierpi na chorobę umysłową.

opis i zdjęcie pochodzą ze strony lubimyczytac.pl


Głębia Challengera to książka niewyobrażalnie, niewyobrażalnie smutna; powieść, po którą na pewno nie sięgnięcie, chcąc się rozerwać w upalny, wakacyjny dzień. 
A jeśli mam Wam dać choć jedną radę, powiem tyle: nie musicie się spieszyć. 

- Jedynym, czego trzeba się bać - oznajmia kapitan zza steru - jest sam strach. I od czasu do czasu potwór ludojad.


Postawię sprawę jasno - cieszę się, że Shusterman poruszył w swojej książce temat chorób psychicznych: temat, po który, jak wynika z moich obserwacji, autorzy powieści młodzieżowych sięgają raczej sporadycznie. Głębia Challengera miała być dla mnie czymś zupełnie nowym; czymś, co otworzyłoby mi oczy na problemy, o jakich być może do tej pory nie miałam pojęcia; czymś, co będę polecać wszystkim dookoła jako najbardziej potrzebną książkę, jaka w tej chwili znajduje się na rynku. I nie zrozumcie mnie źle, Głębia Challengera to nadal powieść, za której powstanie jestem bardzo wdzięczna - właśnie dzięki niej wiele czytelników będzie miało szansę zrozumieć, jak poważną rzeczą jest schizofrenia, tym bardziej, że historia oparta jest na prawdziwych zdarzeniach i przeżyciach syna autora, Brendana Shustermana. Tylko że... chyba pragnęłam czegoś więcej. A, jak każdy mól książkowy dobrze wie, wysokie oczekiwania w stosunku do lektury często kończą się zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażaliśmy.


Martwe dzieci stawia się na piedestale, a te chore psychicznie zamiata się pod dywan.

Fabuła Głębi Challengera toczy się w dwóch miejscach: w realnym świecie, w którym Caden zmaga się z postępującą chorobą psychiczną i na statku zmierzającym do najgłębszego punktu Rowu Mariańskiego, położonego prawie jedenaście tysięcy metrów pod poziomem morza. Przyznam szczerze - nienawidziłam rozdziałów poświęconych misji. Chociaż pod koniec książki byłam już w stanie całkowicie zrozumieć, o co chodziło Nealowi Shustermanowi, czytanie powieści z perspektywy Cadena-załoganta było po prostu... męczące. Przez pierwszą połowę książki starałam się domyślić, do czego w ogóle "pieje" opowiadanie o życiu chłopaka, który został wybrany do wypełnienia misji daleko za oceanem, miejscu tak odległym od normalnego toku akcji - a kiedy wreszcie wszystkie elementy złożyły się w całość, poświęcałam całe moje skupienie na zgadywanie, jaki związek mają ze sobą obie perspektywy (co, nie ukrywam, było zadaniem dosyć skomplikowanym).
Nie z samych minusów składa się jednak fabuła Głębi Challengera - i nie byłaby to całkowicie szczera recenzja, gdybym nie wspomniała o samym aspekcie schizofrenii, na której się ona opiera. Historia Cadena to opowieść niezwykle smutna i trudna w lekturze, szczególnie dla osób wrażliwych. Neal Shusterman poruszył w niej wszystkie aspekty życia jako osoba chora: począwszy od ciężkiej sytuacji rodzinnej Boschów, a skończywszy na terapiach w szpitalu psychiatrycznym, z którymi musiał zmierzyć się chłopak. Autor pokazał swoim czytelnikom, do jak poważnych skutków może doprowadzić schizofrenia - i jak ważne jest to, by nie lekceważyć jej początkowych objawów.

Kiedy prawda boli, zawsze nienawidzi się posłańca.

Polubiłam Cadena. Jest to jedna z tych przeintelektualizowanych postaci, które raczej ciężko wyobrazić sobie w normalnym świecie, ale tak czy tak udało mu się zdobyć sobie moją sympatię - jestem pod wrażeniem tego, w jaki sposób Neal Shusterman przedstawił postępującą w umyśle chłopaka chorobę. Autor sprawił, że przeżywałam cały jej przebieg razem z głównym bohaterem: martwiłam się, kiedy było gorzej, kibicowałam, aby wszystko się ułożyło i cieszyłam jak dziecko przy każdym, nawet najmniejszym objawie wyzdrowienia.
Niestety, kreacja innych bohaterów wypada na tle Cadena o wiele słabiej. Byłam w stanie zrozumieć, że to właśnie chłopak miał grać w Głębi Challengera pierwsze skrzypce, więc inne postacie mogły pozostać nieco w tyle - jednakże biorąc pod uwagę fakt, iż było ich dosyć sporo, ciężko mi było to posunięcie Shustermanowi wybaczyć.

Łakniesz choćby miedziaka, ale masz żal, kiedy się trafi.

Podsumowując, pozostaję w stosunku do Głębi Challengera bardzo neutralna. Spodziewałam się po niej zupełnie czegoś innego - niestety, Neal Shusterman nie spełnił moich wymagań i choć pozostawił po sobie powieść dobrą, to niestety nie na tyle dobrą, bym mogła ją Wam polecić.

Ocena - 6/10


środa, 19 lipca 2017

"Fatalna lista" - Siobhan Vivian

Piękno i brzydota nie zawsze są kwestią wyglądu.
Wyobraź sobie, że gdy przychodzisz do szkoły, oczy wszystkich są wbite w jeden punkt.
W listę.
Czy znajdziesz na niej swoje nazwisko? A jeśli tak, to w której kategorii?
Co roku ktoś - nie wiadomo, kto - wybiera dwie dziewczyny z każdego rocznika. Jedna zostaje okrzyknięta najpiękniejszą, druga - najbrzydszą.
O tych spoza listy natychmiast się zapomina. Wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły.
Na liście są nazwiska ośmiu dziewcząt. W świecie po liście ich życie już nigdy nie będzie takie samo.

 zdjęcie i opis pochodzą ze strony lubimyczytac.pl

Każdy z nas chce czuć się pięknym. 
Albo nie: każdy z nas pragnie być za pięknego uważany. 

Jednego dnia dziewczyny obgadywały jedna drugą, używały najokrutniejszych wyzwisk, a już następnego przysięgały, że będą odtąd dla siebie najlepszymi przyjaciółkami.

Nie oczekiwałam, że Fatalna lista cokolwiek zmieni. Mało tego, nie miałam nawet nadziei na to, że będzie to książka w jakimkolwiek stopniu dobra - proszę Was, gdybym przy wyborze lektury kierowała się jedynie opisem, ominęłabym tą powieść tak szerokim łukiem, jak tylko się da. Typowe amerykańskie liceum? Lista, na której widnieje nazwisko najbrzydszej i najładniejszej dziewczyny z każdego rocznika? I do tego zdanie wybrane nagle znajdują się w centrum uwagi całej szkoły
Nie. Nie, i jeszcze raz nie. 
Jeżeli miałabym czytać książkę tak pustą, tak skupiającą się na powierzchownej naturze człowieka i poruszającą się bezpiecznymi schematami - wolałam nie czytać jej wcale.
I przypuszczam, że gdyby nie nazwisko Siobhan Vivian, którą wspominałam bardzo miło z jej współpracy z Jenny Han ("Ból za ból", polecam!), Fatalna lista nigdy by w moich rękach nie wylądowała. A to, przyznaję, byłoby jednak sporą stratą. 

Za parę lat nikt nie będzie pamiętał tego balu ani tego, kto został jego królową. Wszyscy zapomną też o liście. W pamięci pozostaną natomiast przyjaciele, znajomości, jakie zawarliście w szkole. Tak naprawdę tylko to się liczy i tylko to warto zachować.
Nie spodziewałam się, że to powiem, ale jednak: Fatalna lista okazała się być książką zaskakująco mądrą. Żyjemy w czasach, kiedy piękno jest rzeczą niemalże oczywistą - idealny wygląd codziennie prezentują nam kolorowe magazyny, portale społecznościowe oraz przeróżne telewizyjne programy. Każdy wie, jak powinien wyglądać, by być uważanym za ładnego, każdy wie, co powinien zrobić, co powinien zmienić i jakie działania poczynić, aby spotkać się z ludzkim wyobrażeniem ideału. I choć obawiałam się, że zamiast nieco uspokoić to całe przesadne dążenie do perfekcji, Fatalna lista tylko je pogłębi, myliłam się: Siobhan Vivian udowodniła nam, że tak naprawdę nikt nie jest w stu procentach idealny, a każdy posiada swoje kompleksy - nawet osoba posądzana za perfekcyjną. Pokazała również swoim czytelnikom, że piękno to tylko względne, subiektywne określenie; wiele rzeczy jest od niego w życiu ważniejszych i to na nich powinniśmy się skupić.

To, jak odniesiesz się do listy będzie miało przełożenie na to, jak odbiorą ją twoi rówieśnicy. 

Aż ciężko mi się do tego przyznać, ale polubiłam wszystkie dziewczyny, których oczami przyszło mi obserwować przebieg wydarzeń - każda z nich miała swoje życie i własny świat, kontrastujący z łatką pięknej albo brzydkiej, która przylgnęła do niej za pośrednictwem listy. Autorka doskonale dała nam do zrozumienia, że nigdy nie wiemy, jak nasze komentarze dotyczące czyjegoś wyglądu wpłyną na drugą osobę, bowiem każda dziewczyna, która znalazła się na liście - Abby, Danielle, Sara, Margo, Lauren, Jennifer, Candace i Bridget - zareagowała na to "wyróżnienie" zupełnie inaczej: jedne z zachwytem, drugie z zaskoczeniem, trzecie wręcz z rozpaczą. Siobhan Vivian postarała się, by każda z wykreowanych przez nią postaci była barwna i oryginalna, więc mimo wielu punktów widzenia nie miałam problemu z tym, aby połączyć imiona bohaterek z ich historiami.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie zakończenie. Przyznaję, że autorka chyba chciała skończyć przygodę z Fatalną listą zbyt szybko, co skutkowało niezbyt dobrze skonstruowaną fabułą - szczególnie na ostatnich stronach zaczęła ona niezbyt komfortowo przyspieszać i na siłę ciągnąć do punktu kulminacyjnego, tak jakby Siobhan Vivian nie miała pomysłu na pomniejsze szczegóły. W konsekwencji nie otrzymałam odpowiedzi na najbardziej nurtujące mnie pytania -  a biorąc pod uwagę ogólny morał tej książki, jest to wręcz absurdalne i nie rozwiązuje większości poruszonej w niej problemów.  

Dziewczyny oceniają się nawzajem i uprzedmiotawiają, pogrążając jedne, a inne wynosząc na piedestał. 
Podsumowując, polecam Wam tę książkę z całego serca. Jeżeli, tak jak ja, wahacie się ze względu na banalny i nieco pusty opis, mogę Was zapewnić, że bez powodu - Siobhan Vivian porusza wiele tematów, o których warto wspominać w książkach przeznaczonych dla młodzieży. 

Ocena - 8/10