poniedziałek, 28 marca 2016

"Miasto upadłych aniołów" i "Miasto zagubionych dusz" - Cassandra Clare

W krótkich słowach - niby pokonano zło, a jednak go nie pokonano, Jace nadal ma problemy z Clary, Magnus kłóci się z Alekiem, a nawet Maryse Lightwood traci zimną krew i bardziej niż sprawy rodzinne intrygują ją decyzje Clave. Przy okazji, Jordan spotyka osobę, której miał nadzieję nigdy nie spotkać, co oczywiście jest najbardziej zaskakującą rzeczą w ciągu całej historii. Nie zapominajmy, że Sebastian nie śpi...

Cassandra Clare to, nie ukrywajmy, autorka, która wśród czytelników młodzieżówek zebrała już niemałą rzeszę fanów. Publikując najpierw jedną, potem drugą, a od niedawna już trzecią serię książek, na dobre już wpisała termin "Nocni Łowcy" do obszernego gatunku urban fantasy, wywołując przy tym skrajne emocje. Niektórzy mogą już nazywać się oficjalnymi fanami autorki, inni zaś potępiają i krytykują każdą wydaną przez nią powieść. Jeszcze kilka miesięcy temu ogłosiłabym się czytelniczką bezgranicznie zakochaną w porywającej twórczości Clare - lecz czy ponowne spotkanie z Clary, Alekiem, Jacem, Simonem i Isabelle wypadło tak różowo, jak mogłabym się spodziewać? Przypuszczam, że moja odpowiedź w pewnym sensie Was zaskoczy. Lecz po dokładniejsze wyjaśnienia zapraszam do dalszej części recenzji.
Nie owijając w bawełnę, czwarty i piąty tom "Darów anioła" był jak dla mnie po prostu beznadziejny. Przez bity tydzień próbowałam wykrzesać z tej nieudolnej lektury kolejnych przygód Clary i Jace'a jakiekolwiek pozytywne emocje, jednak im dalej brnęłam w ich nudne perypetie, tym bardziej dochodziłam do wniosku, że jest to po prostu niemożliwe. Nie będę już liczyć, ile razy przysięgałam, że za chwilę rzucę książką o ścianę, a ile razy biłam się w pierś, że już nigdy nie sięgnę po nic autorstwa Clare. Zawód z każdą chwilą rósł i nawet teraz, dobrych kilka tygodni po zakończeniu "przygody" z jej powieściami, odczuwam go wręcz namacalnie - jak można było zmarnować ogromny potencjał tak koszmarnym wykonaniem? Teraz więc, po wstępnym zebraniu myśli, jestem w stanie oficjalnie stwierdzić, co czuję do tej książki - i jak na razie nic oprócz narastającej niechęci nie jestem w stanie wyodrębnić.
Historia toczy się w kółko wokół tego samego, a jeśli mam być szczera, to określenie nie jest ani trochę przesadzone. Z każdą stroną oczekiwałam, że nareszcie cokolwiek się rozkręci, że bohaterowie nareszcie wezmą się w garść, a kiedy spostrzegłam się, że docieram już do końca książki, okazało się, że oprócz nieustannej gonitwy "za złem" nic się w tej powieści nie działo. Owszem, powalczyli z demonami, zwyciężyli antagonistów, przeżyli milion, ba, trylion prywatnych wzlotów i upadków, ale czym różni się to od każdej innej fabuły tego typu? Będę z Wami szczera -  przez większość książki autorka skupiała się jedynie na relacjach pomiędzy bohaterami, a główna akcja leciała gdzieś z tyłu, traktowana zupełnie po macoszemu. Dlaczego więc w tym momencie seria straciła ten nadzwyczajny, wspaniały polot, jakiego szukałam, sięgając po nią? Tak, kochani, Cassandra Clare poległa, poległa na całej linii i wątpię, by kiedykolwiek naprawiła reputację, jaką u mnie już zatraciła.
A teraz, moi drodzy, ulubiony aspekt każdej recenzji na tym blogu, a mianowicie, bohaterowie. Po raz pierwszy poużywam sobie w tym momencie i na Clary, i na jej złotowłosym Nocnym Łowcy - autorka gdzieś po drodze totalnie zgubiła to cudowne poczucie humoru, iskierkę życia, jaką ich zwyczajem obdarzała. Dziewczyna jest zupełnie niezdecydowana, dziecinna i zagubiona w "wielkim świecie", stara się o wszystko obwiniać własną osobę, zamiast, jak to normalnie bywało, znaleźć najlepsze rozwiązanie na każdy problem. Wielu ludzi właśnie za to podziwia Clary i Jace'a - za niezmierną wiarę we własne zwycięstwo, w to, że uczucia takie jak miłość czy przyjaźń nie tylko wyniszczają człowieka swoją siłą, co pomagają przetrwać w ciężkich czasach. Błagam Was - jeżeli jeszcze nie mieliście okazji przeczytać tych tomów, nie nastawiajcie się, że ich ponadczasowa relacja podniesie Was na duchu i wspomoże w podjęciu lepszego życia.
Kończąc już tą recenzyjną tyranię, podsumuję moje odczucia w dwóch słowach - nie polecam. Sama nie wiem, czy dobrze przelałam moje chaotyczne emocje na pustą kartę nowego postu, ale mam nadzieję, że przynajmniej teraz nie będziecie podchodzić do tej serii z tak dużym entuzjazmem, jak dotychczas.

Ocena - 3/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl

sobota, 26 marca 2016

"Magonia" - Maria Dahvana Headley

Życie Azy Ray Boyle kręci się wokół lekarzy, szpitali, trudnych operacji i jeszcze trudniejszych rehabilitacji - dziewczyna od kilkunastu lat choruje na skomplikowaną, niespotykaną chorobę płuc, która uniemożliwia jej normalne oddychanie. Pewnego dnia jednak Aza dostrzega na niebie tajemniczy statek, a potem dowiaduje się o istnieniu podniebnej krainy... krainy, która otworzy przed nią jej własne przeznaczenie.

Oryginalność w świecie pisarzy jest naprawdę ogromną sztuką. Czytelnicy, znudzeni typowymi schematami, jakie wykształciły się w ciągu kilkunastu lat, wciąż szukają czegoś nowego - a autorzy, zamiast serwować im powiew świeżości, idą na przysłowiową łatwiznę i wciąż posługują się tymi samymi, nudnymi zagraniami, których przewidywalność doprowadza nas do białej gorączki. Ile razy natrafiamy na z pozoru interesującą powieść, która po bliższym poznaniu okazuje się być tak sztampowa, że żałujemy jej kupna? Jak często spotykamy się z historią, która byłaby wspaniałą alternatywą dla miłośników fantasy, gdyby nie mdli, bezbarwni bohaterowie? A, w porównaniu do tego, czy rzadkością jest poznanie historii tak oryginalnej, że zapiera nam dech w piersiach, a w myślach przesyłamy autorce najszczersze wyrazy wdzięczności?
Tak, Magonia to zdecydowanie właśnie taka powieść.
Jeżeli miałabym pomyśleć o jednym słowie, które doskonale zawarłoby w sobie wszelkie targające mną w tym momencie emocje, byłby to wyraz tajemnica - cała opowieść bowiem krąży niejako po nieznanym gruncie, kiedy Aza powoli odkrywa świat, o którego istnieniu nie miała dotąd pojęcia. W końcu, przyznajmy się, kto by uwierzył, że pewnego dnia podczas lekcji dziewczyna zauważa płynący po niebie, niesamowicie realistyczny statek, i nie uznałby tego za halucynacje? Komu przyszłoby na myśl, że Aza tak naprawdę nie przyswaja ziemskiego powietrza, a jej choroba ulotni się w chwili, kiedy wzniesie się nad chmury, by poznać swoje prawdziwe przeznaczenie? Z każdą stroną Magonii poznajemy więc coraz więcej niedokończonych wątków, które odkrywają przed dziewczyną szokujące fakty na temat jej doczesnego życia, rodziny i tego, kim jest naprawdę - nigdy nie możemy mieć pewności, czy to, co Maria Dahvana Headley wpajała nam przez ostatnie kilkanaście stron, za chwileczkę nie okaże się totalnym nieporozumieniem. Ta książka to prawdziwa oaza oryginalności, nieprzewidywalności, świetnego, głębokiego klimatu i wspaniale splecionych wątków - czego, z pozoru, chcieć więcej?
Jednakże nie poprzestawajmy na samych pozytywach, ponieważ jest parę rzeczy, które mogłyby nie wydawać się tak niesamowite - po pierwsze, w historię naprawdę wciągnęłam się dopiero gdzieś koło ostatnich stu stron, kiedy to dopiero zatraciłam się w prowadzeniu akcji i pragnęłam, by historia Azy potrwała jeszcze dłużej - wcześniej cały czas wydawało mi się, że fabuła wlecze się jak flaki z olejem, skupiając się bardziej na kwiecistym stylu autorki, niż na posuwających się naprzód wydarzeniach i właściwym temacie książki. Aczkolwiek kiedy nadeszły ostatnie strony, a ja byłam szczerze zafascynowana nagłym przyspieszeniem biegu historii Azy, zdawało mi się, że Maria Dahvana Headley niepotrzebnie wszystko zagmatwała, tworząc zbyt wiele tych samych wątków naraz. Główna bohaterka, która przez większość czasu zdawała się być zdecydowana, buntownicza oraz bardzo silna, nagle zaczęła mieć ogromne wątpliwości i dochodziła do, cóż, raczej nierozsądnych wniosków, a cele, które na samym początku powzięła, nagle stały się dla niej nieważne.
Przechodząc jednak do samego wykreowania bohaterów, muszę przyznać, że po raz pierwszy od sporej ilości czasu udało mi się natrafić na takich, którym mam naprawdę mało rzeczy do zarzucenia. I Aza, i jej najlepszy przyjaciel już na pierwszych kartkach powieści dali się polubić, przedstawiając swoją oryginalność od najlepszej strony - pokazali po sobie, że ich przyjaźń nie była dziełem przypadku, ale złożoną relacją, która trwała od wczesnego dzieciństwa, udowodnili, że są w stanie poświęcić dla siebie wszystko. Więc choć nie brak w tej powieści zachowań, które bym potępiła, ogrom wspaniałości, jaką przekazują sobie nasi bohaterowie, rekompensuje je wszystkie.
Podsumowując, chyba ciężko wywnioskować po tej recenzji, czy polecam Magonię, czy wręcz przeciwnie - odradzam jej lektury. Jednakże stwierdzam, że warto poznać historię Azy i odszukać krztę oryginalności pośród morza schematów, w jakich powoli tonie dystopijna literatura. 

Ocena - 7/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl, tam też znajduje się moja recenzja: 
*klik*

środa, 23 marca 2016

"Aplikacja" - Lauren Miller

Technologia opanowała już cały świat. Wysoko rozwinięte programy ze sztuczną inteligencją kierują naszym życiem, mówiąc, co mamy jeść, gdzie się udać, a nawet z kim się zadawać. Nie możemy się obejrzeć, nie będąc pewni, że zmiany naszego położenia nie dostrzegą zaawansowane aplikacje lokalizacyjne, odświeżające nasz status co najmniej pięć razy na godzinę. 
Rory dostała się do Akademii Theden, czyli szkoły, do której uczęszczaniu większość osób może tylko pomarzyć. Jednakże czy prestiż i dobre opinie o fenomenalnej uczelni nie kryją w sobie jakiejkolwiek skazy? Czy firma Gnosis naprawdę jest taka nieskazitelna i pomagająca ludziom, jak twierdzi, produkując kolejne oprogramowania? Kim jest North, będący całkowicie odcięty od nowoczesnych technologii?



Serwisy społecznościowe stanowią nieodłączną część naszego codziennego życia. Wiele czynności bez nich byłoby bardzo ciężkie lub wręcz niemożliwe - utrzymywanie kontaktu ze znajomymi, z którymi nie widzimy się zbyt często, przeglądanie najnowszych wiadomości czy nawet korzystanie z Internetu w celach czysto naukowych jest stale uzależnione od ilości posiadanych przez nas kont na przeróżnych portalach. Chcesz umówić się z koleżanką, z którą ostatni raz spotkałeś się dobry miesiąc temu? Musisz posłużyć się Facebookiem, bo nie posiadasz jej numeru telefonu, a adresy mailowe w tych czasach to już przeżytek i nikt ich nie używa. Może masz ochotę pochwalić się cudownym widokiem, na jaki natrafiłeś, będąc na wycieczce nad morzem? Potrzebujesz do tego Instagrama, w końcu wywołanie zdjęcia trochę trwa, a nie dość, że o Twoim wypadzie dowie się więcej osób, to też będą mogły wypowiedzieć się na ten temat. A setki selfie, robionych przy okazji zwyczajnej nudy w domu? Najlepiej wysłać je na Snapchata, przy okazji robiąc do każdego zdjęcia coraz głupszą minę, by potem móc denerwować się na przypadkowych znajomych, którzy daną fotkę zapisali.
Jednak wyobraźcie sobie, że nagle to wszystko przeradza się w istną obsesję. Za pośrednictwem inteligentnego oprogramowania wybierasz sobie przyjaciół, dietę, godzinę, o której musisz wstać bądź ubrania, w które powinieneś się ubrać na taką czy inną okazję. Jedno pytanie, a najtrafniejsza odpowiedź, która wydaje się być idealnie dopasowana do Twojego charakteru, odpowiedź, z której musisz być w stu procentach zadowolony. Także po przeczytaniu bardzo refleksyjnej książki, jaką jest Aplikacja autorstwa Lauren Miller, nasuwa się pytanie - czy wciąż rozwijające się technologie mogą doprowadzić do złego?
Myślę, że największym atutem, który sprawił, że zamierzam napisać o tej powieści coś więcej, jest niezwykle ciekawy temat, jaki wykorzystała Lauren Miller. Niby często poruszamy fakt, jak poważną sprawą mogą być wszelakie uzależnienia od Internetu, portali społecznościowych, oglądamy różne tabelki i wykresy sugerujące, o ile zwiększa się liczba uzależnionych w ciągu poprzednich lat - ale czy cokolwiek robimy, by ograniczyć czas spędzany w sieci? Czy nie jest tak, że ignorujemy ostrzeżenia twierdząc, że przecież nasze życie wcale nie opiera się na Internecie? Autorka niejako przepowiada nam, jak przyszłość, nawet dosyć niedaleka, może wyglądać, jeżeli technologia przejmie nad nami władzę, zastępując człowieka nawet w najważniejszych decyzjach. A czy perspektywa stuprocentowo skomputeryzowanej społeczności zapowiada się obiecująco?
Przez większość książki obserwujemy, jak wygląda życie codzienne Rory - od totalnego uzależnienia od Luxa, inteligentnego, sieciowego przyjaciela, któremu powierza wszystkie wątpliwości, do odkrycia luk w systemie, tajemnego planu, jaki Gnosis zamierza wprowadzić wraz z nową wersją oprogramowania. Poznajemy tok rozumowania człowieka, który uważa zaufanie w nieomylność Internetu za coś zupełnie normalnego, traktuje je jak rzecz, bez której nie możemy żyć i nawet nie dopuszcza do wiadomości, że ktoś może funkcjonować inaczej.
Autorce udało się stworzyć niesamowicie realnych, sympatycznych bohaterów, którzy zjednali sobie moje przychylne zdanie już od pierwszych stron. Obawiałam się schematów, błędów, jakie niedoświadczeni autorzy często popełniają przy dystopijnych powieściach, lecz Lauren Miller niesamowicie mnie zaskoczyła, starając się ograniczyć sztampowość powieści - niejednokrotnie byłam zdziwiona, jak ogromną wyobraźnię pisarską posiada ta pani. Rory, North, a nawet Hershey, do której długo musiałam się przekonywać, to z pewnością bohaterowie, za którymi będę tęsknić i miło wspominać za każdym razem, kiedy ktoś wspomni o tej powieści. 
W kilku podsumowujących słowach - spodziewałam się normalnej, niczym niewyróżniającej się książki, która zapełni mi miło kilka wieczornych godzin. W sumie może Aplikacja właśnie taka jest - ale nawet jeśli to śmieszne, Lauren Miller coś mi uświadomiła. Uświadomiła mi, jak bardzo ludzie współcześni są uzależnieni od Internetu, choć wielokrotnie o tym zapominamy i staramy się przekonać, że jest inaczej. Wniosła powiew świeżości do oklepanego tematu, z którym stykaliśmy się już tyle razy, że trudno uwierzyć, że można dołożyć do niego coś więcej. Dlatego właśnie uważam tę książkę za dystopię, którą wszyscy powinniśmy przeczytać.

Ocena - 9/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl, tam też znajduje się moja recenzja: *klik*

piątek, 18 marca 2016

"Dar Julii" - Tahereh Mafi

Julia Ferrars była pewna, że odniosła porażkę. Ranna, przestraszona i niepewna bezwiednie obserwuje, jak Warner planuje strategię zbliżającej się wojny, jednocześnie zmagając się z targającymi ją przeróżnymi uczuciami. Nie ma jednak czasu na głupiutkie dziewczęce rozterki - czas, aby rebelianci podjęli decyzję. Życie i śmierć - losy milionów ludzi leży w ich rękach, a klepsydra odliczająca minuty do ostatecznej walki cały czas przyspiesza...

Od samego początku miałam przeczucie, że Tahereh Mafi obdarzy tę historię najlepszym zwieńczeniem, na jakie ją tylko stać. Z hukiem, zapartym tchem, wydarzeniami pędzącymi na złamanie karku i chwilami, w których trudno nawet otworzyć usta, by oznajmić swoje zdziwienie. Z dziesiątkami zwrotów akcji, setkami momentów przerażenia i zdenerwowania, tysiącem, ba, milionem stron ściskających serce i mówiących, że jeszcze kilka zdań do końca tej cudownej historii, jeszcze kilkanaście słów i nadejdzie wielkopomna chwila, gdy będę musiała pożegnać się z tym wszystkim na zawsze. Chciałam czegoś, co sprawi, że zapamiętam trylogię Tahereh Mafi jako najoryginalniejszą dystopię z największym zaskoczeniem, jakiego mogłabym kiedykolwiek doświadczyć. Chciałam czegoś, co zakręci mi w głowie nadmiarem szaleńczych emocji. Chciałam czegoś... wspaniałego.
Nie będę ukrywać; na nic zdadzą się chwyty utrzymujące Was w ciągłym napięciu przez resztę mojej recenzji - autorka spełniła wszelkie wymagania, jakie tylko mogłabym sobie wymarzyć. 
Od samego początku zostajemy wrzuceni na głęboką wodę - walka, choć na razie niema i z pozoru niezauważalna, trwa, rebelianci ukrywają się, wciąż od nowa planując strategię i nie mając ani chwili na chociażby moment wytchnienia. Właśnie na tym etapie stykają się dwa różne, zupełnie niepodobne do siebie światy - wychowywany pod okiem rządu przywódca i żyjący w biedzie i głodzie buntownicy teraz muszą zmierzyć się z nieubłaganą wojną stając po jednej stronie barykady, gotowi oddać za siebie życie. Bohaterowie powoli zaczynają zdawać sobie sprawę, kto w tej sytuacji jest w stanie im pomóc, przestawiając bezpieczeństwo swoje i przyjaciół nad wszelkie inne bariery, jakie dotąd dzieliły ich od wspólnego porozumienia. Dostrzegają, jak wielką ulgę może przynieść poczucie normalności chociażby przez malutką chwilkę, jak bardzo motywuje ich iskierka wsparcia od drugiej osoby. 
Historia przedstawiona przez Tahereh Mafi niesamowicie wciąga. Autorka zadbała, abyśmy wciąż byli w ruchu - przemierzali korytarze bazy, skradali się w terenie, wyciskali siódme poty na morderczym treningu czy po prostu obserwowali zmieniający się krajobraz z okien sypialni Julii, oddając się błogim rozmyślaniom. Czytając jej książkę trzeba się przygotować na nieustanne zmiany i zaskoczenia - wszystko, co zaplanowane, z każdą chwilą może runąć w gruzach, spontaniczne decyzje przynoszą poważniejsze skutki, a ci najbardziej zorganizowani mogą zamienić się w marzycieli z głowami wiecznie w chmurach. Dlatego przez większość powieści odnosiłam wrażenie, że nie warto dumać nad ewentualnym zakończeniem, gdybając nad takim czy innym wyborem bohaterów: jeżeli Mafi będzie chciała, i tak zmiele nasze serca w papkę i rozpryśnie wszelkie złudne nadzieje, że mogło być tak, a nie inaczej. 
Natomiast bohaterowie naprawdę pozytywnie wypadli w moich oczach, biorąc pod uwagę fakt, że w drugim tomie miałam do nich pewne zastrzeżenia. Julia z niepewnej, niezdecydowanej dziewczynki o zapłakanych oczach przemieniła się w silną wojowniczkę zdolną do wszystkiego, byleby tylko ocalić bliskich. Niejednokrotnie musi mierzyć się w uczuciami, które znowu sprawiają, że upada, nie mając nadziei na jakąkolwiek poprawę - ale za każdym razem powstaje niczym feniks z popiołów, jeszcze bardziej zdeterminowana do uzyskania tego, do czego dąży przez cały ten czas, jeszcze bardziej zacięta w swoich zamierzeniach i planach. Ogromne zmiany dotknęły również Warnera. Mimo że przez większość powieści mijamy się z nim, krążymy wokół tego, co mogło wydawać się prawdą, a tym, co jest niedopowiedziane, to dotkliwie odczuwamy, jak bardzo odmienił się poprzez wydarzenia ostatnich kilku miesięcy. Oboje pokazują nam, jak bardzo ważne jest wsparcie drugiej osoby, nawet jeżeli jesteśmy najsilniejszymi ludźmi na świecie. 
Książkę polecam, polecam wszystkim, którzy jeszcze przygody z trylogią nie zakończyły. Uwierzcie mi - warto.

Ocena - 10/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl, tam też znajduje się moja recenzja *klik*

piątek, 11 marca 2016

"Gregor i niedokończona przepowiednia" - Suzanne Collins

Gregor to pod wieloma pozorami zwyczajny nastolatek. Mieszka na przedmieściach Nowego Jorku z zapracowaną matką, dwoma siostrami i babcią, chodzi do szkoły, opiekuje się  młodszym rodzeństwem i marzy o tym, by wakacje przestały się tak dłużyć - więc może wydawać się kolejnym normalnym jedenastolatkiem,  dopóki, zupełnym przypadkiem, nie spada przez szyb w pralni wprost do podziemnej krainy. Mając pod pieczą dwuletnią Botkę, a na karku ciążącą przepowiednię, której autor twierdzi, że tylko Gregor jest zdolny uratować świat, chłopak zmierzy się z dwoma światami - a który z nich wygra? 

Gdyby wielki, wypukły i błyszczący napis "autorka bestsellerowej sagi Igrzyska śmierci" nie rzucił mi się w oczy zaraz po tym, jak dosyć dawno temu zobaczyłam tę powieść gdzieś w blogowych zapowiedziach, jestem pewna, że w życiu nie przyszłoby mi do głowy oskarżyć o tę książkę właśnie tak genialnie piszącą Suzanne Collins. Przyznam się, iż wiele razy próbowałam wziąć pod uwagę fakt, że był to debiut - wmawiałam sobie, że początkowe teksty nie zawsze wzbudzają w czytelniku jakiekolwiek nadzwyczajne emocje, że książka dla młodszych czytelników raczej nie przejawia takiego realizmu i brutalności, jak typowa fantastyka, z jaką dotąd się spotykałam... ale wszystkie próby udowodnienia sobie, że nie warto spodziewać się po tej powieści przysłowiowego więcej, spełzły na niczym - na Gregorze i jego przygodach najzwyczajniej w świecie się zawiodłam. Dlaczego? Po garść niepochlebnych informacji zapraszam do dalszej części recenzji.
O czym pomyślicie, jeżeli rzucę Wam hasło "podziemna kraina"? Jakie skojarzenia wysuną Wam się po stwierdzeniu "ratowanie świata"? A co pierwsze pojawi się w Waszej wyobraźni, jeżeli dodam do tej obiecującej mieszanki szczyptę grozy, gonitwy za przeznaczeniem i idealnego chłopca, który troszczy się o swoją rodzinę jak nikt inny?
Muszę wspomnieć, że fabuła, jakiej zarys przedstawiła nam Suzanne Collins, zrobiła na mnie naprawdę spore wrażenie - a choć autorka posunęła się do paru nieco niebezpiecznie schematycznych zwrotów, serwując nam z pozoru oklepaną młodzieżówkę, podświadomie przeczuwałam, iż będzie to coś, co mnie zaskoczy. W końcu przepowiednie, misje, przeróżne przygody, a do tego świetna fabuła rodem z Igrzysk śmierci i paru wspaniale wykreowanych bohaterów - czy można oczekiwać więcej? 
Jestem w stanie zrozumieć, że książka pisana była pod kątem młodszych czytelników, których wymagania mogą nieco odbiegać od moich - jednakże powieść była tak przewidywalna i sztampowa,  że zakończenia byłam w stanie się domyśleć mniej więcej po dziesięciu, może dwudziestu stronach lektury. Nie chcę już wspominać o tym, że sama powieść była okropnie, okropnie nudna i dosyć monotonna, chociaż akcja parła naprzód z całkiem sporym tempem - autorka nie do końca nauczyła się powoli dawkować napięcie, ustanawiać swoistą równowagę pomiędzy tym, co powinno toczyć się wolno, a tym, co pędziło na złamanie karku. Przez bite trzysta pięćdziesiąt stron przemieszczałam się w gruncie rzeczy pomiędzy dwoma czy trzema lokacjami, przeżywając wydarzenia bez iskierki zaskoczenia czy grozy, będąc tylko bezosobowym obserwatorem przygód bohaterów.
A co mam do powiedzenia o samych wykreowanych przez Suzanne Collins? Chyba dawno nie widziałam nikogo tak wyidealizowanego. Gregor, jak na jedenastolatka, ma chyba troszeczkę za dużo zalet w przeciwieństwie do nielicznych wad - opiekuje się Botką, świetnie walczy, wszędzie odnosi sukcesy i zawsze wie, co powiedzieć bez chwili zastanowienia. Mimo że przed chwilą spadł wraz z siostrą do podziemnej krainy, nie przejmuje się tym, prze naprzód z optymistycznym podejściem, że wszystko da się odkręcić. Może taki był zamysł autorki, ale w gruncie rzeczy, czy dosyć małe dziecko pozostawione na tak długo bez opieki dorosłych, jest w stanie przeżyć bez ani jednego momentu załamania? 
W krótkich słowach, książki Wam nie polecam. Jest według mnie zbytnio niedopracowana, mimo ogromnego potencjału, który się w niej kryje i szerokich możliwości, jakie posiadała Suzanne Collins. Przyznam, że po takim czymś w życiu bym się nie spodziewała, że autorka będzie w stanie napisać trylogię, która wstrząśnie światem jeszcze wiele miesięcy po jej pierwszym wydaniu.

Ocena - 4/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl, tam też znajduje się moja recenzja - *klik*

sobota, 5 marca 2016

"Niezłomni" - C. J. Daugherty

Nadchodzi ostateczne starcie. Nathaniel zyskuje znaczącą przewagę, coraz bardziej terroryzując świat i narzucając mu swoje wizje - za wszelką cenę chce pozyskać Akademię Cimmeria. Allie, zrozpaczona, próbuje zagrzewać uczniów do walki, wciąż dążąc do odzyskania Cartera z rąk wroga - jednak czy cokolwiek da się zrobić? Czy warto toczyć nieustanne boje z Nathanielem, gdy można się po prostu... poddać? Co zrobią podopieczni Isabelle w obliczu największego, jak dotąd, zła? 

Czasami natrafiamy na serie, które chcemy po prostu skończyć - pożegnać bohaterów, zatrzasnąć z hukiem okładkę, cisnąć z powrotem na półkę i jak najszybciej zapomnieć, że kiedykolwiek zaczęliśmy nędzną przygodę z jej mdłą, nieciekawą fabułą. 
Raz na jakiś czas spotkamy się z historią, która swoją schematycznością i przewidywalnością wciska nas głęboko w dołek irytacji, a decyzje głównej bohaterki same podnoszą nasze ręce do nieba w niemym geście rozpaczy. 
Parę razy wciskamy się w sam środek idiotycznych rozterek postaci, niedokonanych wyborów, rozdarcia, paniki i totalnej niedojrzałości, jaką, w solidnych dawkach, podaje nam autor. 
Nie zaszokuję Was chyba, napomykając, iż Nocna szkoła była dla mnie właśnie swoistą męką, ciągnącą się jak flaki z olejem przez bite pięć tomów, ale nadszedł w końcu dzień podsumowania - dzień, w którym przysięgnę na wszystkie skarby świata, że już nigdy nie zbliżę się do niczego, co spod pióra Daugherty. 
Pewnie już czytając recenzje poprzednich tomów zdążyliście się zorientować, że Allie Sheridan i jej zwariowane perypetie nigdy nie trafią na półkę książek, z których czytania mogę być dumna. Powtórzę się już chyba ostatni raz - schematy, przewidywalność, nieciekawość, sama durnowata Allie, jej decyzje, a raczej ich brak, rozterki, umysł dwuletniego, rozkapryszonego dziecka... nienawiść do tych czy tamtych cech typowej, przeciętnej młodzieżówki narastała dosłownie o kilkanaście procent przy okazji lektury kolejnych tomów, aby w końcu, w tym ostatnim, cudownie wyczekiwanym od tylu miesięcy tomie Nocnej szkoły osiągnąć apogeum. Nie mówię, że ta książka jest zła, szczególnie zasługująca na potępienie czy niegodna miana tej rzekomo "bestsellerowej sagi", jak głosi ogromny napis na okładce. Chodzi o to, że mimo wszystkich nadziei, jakie już kiedyś pokładałam w Daugherty i złamanych jej niepowodzeniami pisarskimi serc, dawałam jej swoistego rodzaju iskierkę wiary, że może być lepiej. Może zaserwować Nocnej szkole takie zakończenie, że zamuruje mnie, wciśnie w fotel i jeszcze raz otworzy usta ze zdziwienia. Jak się jednak pewnie już domyśliliście, C. J. Daugherty zawiodła mnie po raz kolejny. Na szczęście, po raz ostatni.
Fabuła Niezłomnych była, nie upiększając, nudna. Przez większość książki odczuwałam niepojęte wrażenie, jakoby akcja kręciła się wkoło dwóch tych samych rzeczy - Allie coś zawini i wyląduje na dywaniku u Isabelle, albo Allie bawi się w superbohaterkę i ratuje Cartera z rąk Nathaniela, kierując oczywiście wszystkim jak najbardziej doświadczony strateg. Przepotwornie irytował i mnie sposób, w jaki C. J. Daugherty planowała przebieg wydarzeń - niejednokrotnie gubiłam się w licznych, zawiłych wątkach, potem nic się nie działo, aż nagle natłok informacji spadał na nas dosłownie w ciągu kilkunastu stron. Także niektóre tematy, takie jak nieustanna tęsknota Allie za Carterem, nierozwiązane sprawy z Sylvainem, kłótnie między przyjaciółkami, które chyba miały dodać serii smaczku codzienności, wydawały się po prostu wepchnięte na siłę i niewspółgrające z resztą informacji. Autorka czasem sprawiała wrażenie niemożności skupienia się na jednej ze spraw - przez większość powieści to wciskała się do prywatnych spraw bohaterów, to znowu wskakiwała w nurt obrony Cimmerii, to wymyślała jeszcze jeden wątek, niepasujący i do jednego, i do drugiego tematu, poza tym psujący ogólny wizerunek powieści. 
Bohaterowie... sama nie wiem, czy opłaca się po raz kolejny wymieniać wszystkie cechy, jakie mnie w nich irytowały. Już przy okazji recenzji poprzedniej części wspominałam Wam, że znienawidziłam Allie za wybór, którego dokonała, wybór, na którego pomyślne rozwiązanie czekałam cztery bite, pięciusetstronicowe tomy - a teraz, kiedy złość, tęsknota i jej zwyczajowa niedojrzałość zmieszały się w jedną, udręczoną losem dziewczynę, miałam ochotę zamknąć książkę i kompletnie zapomnieć, że kiedykolwiek istniała. Jeśli mam być szczera, reszta bohaterów w głównej mierze nie istniała, wyraźnie pokazując się w czasie powieści może raz czy dwa. Już raz użyłam tego stwierdzenia, także pozwólcie, że powtórzę: są jak wycięci z białego papieru i ożywieni, niezbyt skutecznie, piłą mechaniczną.
Podsumowując, nie polecam Wam tej serii. Na świecie jest wiele, wiele innych powieści, za które warto się zabrać - a seria Daugherty do nich nie należy, więc radzę Wam po prostu nie marnować czasu.

Ocena - 4/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl, tam też znajduje się moja recenzja: *klik*

środa, 2 marca 2016

"Wróć, jeśli pamiętasz" - Gayle Forman

Mia i Adam. 
Adam i Mia. 
Kiedyś - nierozłączna para, której sielankę brutalnie przerwał tragiczny wypadek.
Kim są teraz? 
Adam zdobywa kolejne sukcesy, grając w zespole rockowym - w ciągu kilku miesięcy Shooting Star wspiął się z poziomu podwórkowej kapeli do rangi idola nastolatków, którego utwory pojawiają się na każdej liście przebojów. Wywiady, tabloidy, fani, zdjęcia i nieustanne plotki, a także związek z popularną Bryn Shraeder wywindował Adama w górę - jednak czym jest dla Adama popularność, ciągły strach przed byciem rozpoznawanym? 
Mia zaś wyrusza w światową trasę koncertową jako młoda, utalentowana wiolonczelistka, studentka Juilliard - zupełnie inna niż niegdyś wesoła, nieśmiała dziewczyna, która zdobyła sympatię Adama. Jak wypadnie ich spotkanie po latach? Czy wyjaśnią sobie sprawy, które zostały niedokończone tak dawno temu? 

Co jest człowiekowi potrzebne do osiągnięcia pełnego szczęścia? Czy, tak jak nam się wydaje, pieniądze, sława i rzesze fanów to sukces, po którego osiągnięciu będziemy już do końca swego życia pławić się w bogactwie i radości? A może los popularnych ludzi, których żywot obserwujemy za pośrednictwem gazet i portali plotkarskich, wygląda zupełnie inaczej, niż byśmy sobie wyobrażali? Do takich refleksji nad ludzką mentalnością zmusiła mnie Gayle Forman, przedstawiając Mię i Adama jako zupełnie inne osoby, rozpoznawalnych muzyków, z pozoru jedynie wypełniających jedno ze swoich największych marzeń. Ciągle w biegu, w trasach koncertowych, na występach, spotykając się z wielbicielami czy umykających przed tłumem fotografów chcących odkryć wszystkie tajemnice ich doczesnego życia - pozwalają nam delikatnie odsłonić kurtynę życia zakulisowego znanych muzycznych gwiazd, ukazać momenty, do których zazwyczaj nie dociera obiektyw, dyktafon czy ciekawskie oko paparazzi. Jak wypadło moje ponowne spotkanie z młodą wiolonczelistką i rockmanem? Zaskakująco. Lecz po resztę szczegółów zapraszam do dalszej części recenzji. 

Wiele razy zdarza nam się marzyć o szeroko pojętym lepszym życiu, jakie by nas czekało w skórze sławnych, bogatych ludzi. Wyobrażamy sobie, że wraz z kilkoma zerami na koncie przybyłoby nam szczęścia, wolności, a wszelkie troski zniknęłyby jak za dotknięciem czarodziejskiem różdżki - nie spostrzegając, że oprócz dóbr materialnych codziennie mijamy obojętnie wiele innych cech, będących nieodłączną częścią życia przeciętnego człowieka. Zastanawialiście się jednak kiedyś, jak to być nieustannie śledzonym przez nachalnych dziennikarzy, próbujących wywęszyć najbardziej prywatne szczegóły Twojej codzienności? Jak to widzieć świat zza szkieł ciemnych okularów, cienkiej linii, która dzieli Cię od bycia odkrytym i zalanym rzeszą fanów?
Przechodząc jednak bardziej do sfery książkowej, Gayle Forman zdecydowanie zaskoczyła mnie poprawą tak zwanej wyobraźni pisarskiej, jaką popisała się przy okazji pisania tej książki. Jak pierwszy tom zdawał się być odrobinę niedopracowany, a pomysł dobry, aczkolwiek niewykorzystany, to druga część już obfitowała w niesamowite wydarzenia, niezwykle intrygujące czytelnika. Jeśli mam być z Wami w stu procentach szczera, nie od początku wciągnął mnie nieco powolny tok akcji - lecz z biegiem czasu, kiedy te drobne wydarzenia zaczynają mieć większy wpływ na fabułę, zaczęłam doceniać morał, jaki autorka przemyciła pomiędzy karty tej powieści. Ogromnym plusem dla mnie jest to, że porusza ona problemy, które są tak bliskie współczesnemu światu - celebryci, ich świat, poglądy, sposób patrzenia na życie przez pryzmat dawnego losu i powolne zamienianie się w maszynę pod kierownictwo swych pracodawców. 
Kolejną rzeczą, którą Gayle Forman znacząco poprawiła, jest styl pisania. Nie minęło kilka chwil, kiedy spostrzegłam, że książka ogromnie mnie wciągnęła, sprawiła, że automatycznie zakochałam się w bohaterach i kibicowałam im w drodze do dawno podjętego celu. Adam i Mia to bohaterowie o zgoła innych charakterach, których pozostawiliśmy w poprzedniej części - stali się bardziej odważni, pewni siebie, a pewnych momentach zupełnie załamani, jakby życie ich przytłaczało. Ciężko było mi w nich odnaleźć nieśmiałą wiolonczelistkę i ambitnego gitarzystę, których nie tak dawno pozostawiłam w szpitalu, dochodzących do siebie po wypadkach - po stracie miłości i utracie ukochanej rodziny.
Sama nie wiem, co by tu się jeszcze rozpisywać. Spodziewałam się... zawodu, czegośbeznadziejnego. Co dostałam? Świetną, ciekawą książkę, pełną refleksji i morału. Serdecznie Wam ją polecam!

Ocena - 9/10

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lubimyczytac.pl